Vioha.pl

 „Wymietliśmy najbardziej wartościową część społeczeństwa przez ostatnie 200 lat. Zrobiliśmy to my i odbyło się to też przy udziale cudzych rąk. Schamieliśmy totalnie, zrobiliśmy się prowincją, gdzie króluje wiocha z elementami szlacheckimi i wiejskimi. To połączenie sarmackiej swawoli i wioskowego showmeństwa jest naszą tragedią. Widać to w Sejmie i w Kościele. Nie potrafimy zaakceptować innego zdania, stylu życia –” Bogusław Linda

I nie tylko tam. obecne jest to przede wszystkim tam, gdzie się wykluło.  Na vioha.pl …. też.

„Sami swoi”, na których „Nie ma mocnych” !!

Większość z Was oglądała te kultowe filmy, dorzucę jeszcze „Rejs” i „Karate po polsku”. Zbierzcie więc to wszystko do kupy, a i tak to nie dorówna scenom dziejącym się tutaj.

Wybaczcie za brak chronologii, ale te szesnaście lat obecności w tym środowisku mogło coś poprzeplatać w czasie. Takie jakby „Back to the Future”.

Być może nie będę całkiem obiektywny, ale to już nie ode mnie zależy. Opinie są jak odbytnica, każdy ma swoją.

I jeszcze przestroga dla tych, którzy będą chcieli mnie naśladować uciekając od zgiełku, smrodu miejskiego i wiecznych korków. Nie pozwólcie się spoufalać, to inny świat, inni ludzie. Dystans i rezerwa, coś dajesz, żądaj czegoś w zamian, bo będą patrzyli na ciebie jak na idiotę. Nie pozwól wejść sobie na głowę, bo już mendy nie będzie mógł zrzucić z karku przez bardzo długo, wczepi ci się i będzie wypijała z ciebie całą twoją krew. Na każde bezeceństwo reaguj jak najszybciej, pomimo, iż wiesz, że służby to ich służby, to pociotkowie, dalsza rodzina, znajomkowie, ich nocni klienci, nie dasz rady wioskowym układom, ale walcz, nie przejmując się tym, co o tobie sądzą i gadają o tobie. Bądź ponadto. To twoje życie, nie daj się stłamsić, zastraszyć, bo cię zjedzą, wysrają na sito, przepłuczą i jeszcze raz zjedzą.

Przygotuj się na długą, samotną walkę, nie tylko przeciwko sąsiedzkiemu złu, ale także na przepychanki z milicją, z pomocą której pod byle pretekstem zaliczysz czterdziestoośmiogodzinną odsiadkę, pod którą podpisuje się ciągle ten sam prokuoszołom. A to zgarną cię za rzekome groźby karalne, innym razem za posiadanie nielegalnej broni w postaci tureckiej wiatrówki. Będziesz wzywany pod zarzutem zgaszenia niedopałka papierosa na szutrowym poboczu wiejskiej drogi, szykanowany, ciągany po powiatowych komisariatach, bo twój pies szczeka. Będziesz musiał znieść fakt, że służby powołane do tego, żeby cię bronić i chronić twój dobytek, będą robiły wszystko, żeby ci zaszkodzić. Przygotuj się na wieczne naloty inspektorów budowlanych, uciążliwe do tego stopnia, że dokumentów budowy nie będziesz chował zbyt głęboko. Komuny zagnieżdżonej we łbach tych „obywateli” nie wygnieciesz tak szybko. Pustka w mózgownicach powiatowych milicjantów będzie cię przyprawiała o mdłości i co byś nie zrobił nie wskórasz nic, nie wytłumaczysz, bo rozdziawią gęby, postoją, uśmiechną się do ciebie, a i tak zrobią swoje, czyli NIC. Jesteś obcy, przybyłeś tu jako obcy i obcym dla nich pozostaniesz. Chyba, że będziesz chciał się integrować, nie radzę, już to przerobiłem, wystrychną cię na dudka. Będziesz odkręcał to później całymi latami.

Z czego żyją?

Tak do końca nikt nie wie. Żaden facet nie pracuje, wieczne wakacje. Nawet jeśli gdzieś się załapie, to nie na długo. Prawie wszystko już, co prawda, w rodzinie od niedawna podzielone, posprzedawane, to, co całymi latami leżało ugorem też, a było tego ze sześć ha. I działki nad stawem Zapierdziakiem też. Zabudowania całej familii w kupie na początku wsi Gajówka, której szeryfuje Pruderia Griffon, będącej co prawda ostatnią ulicą miasta jednocześnie, ale jednak wiejskie zabudowania, ciągnące się kilka kilometrów aż do miejscowości Pasztetowa mówią same za siebie. Mieszkają po obu stronach drogi, rzut beretem do Zapierdziaków, będących już w innej miejscowości Wniweczów, w gminie Chromole Kumpelskie. Ona w murowanym domu z mężem Johnem i synami. Starszy brat Pruderii, Henry Dark został w rodzinnej chałupie opodal. Mieszka z żoną Betty i synem Martinim. Dom drewniany, w kiepskim stanie, sracz w rogu podwórka za stodołą i kilkoma budynkami gospodarskimi, porozrywany na strzępy tunel foliowy, w którym od lat nikt nic nie posadził. Kiedyś była krowa, ale nikomu nie chciało się jej doić. Kozy – to samo. Na gumnie kilka kur, kilka psów, z których jeden na stałe zakuty dwumetrowym łańcuchem do rozpadającej się budy wydeptał w ziemi okrąg takiej samej średnicy głębokości trzydziestu centymetrów. Dno dołka wypełnione rozdeptywanymi odchodami koloru jasnego popiołu, świadczącymi o jakości karmy. Reszta lata luzem. Tylko jednego co roku się szczepi przeciwko wściekliźnie. W razie Niemca kwit można przypiąć każdemu z nich. Wszystkim „Burek”, czy „Maks”. Henry i tak nie pamięta, jak się wabią. Żłopie od urodzenia, wszystko idzie na przelew. Odkąd pamiętam, nigdy nie pracował. Zawsze pijany. Kiedyś spytałem: Człowieku, miałeś ty kiedyś kaca? – Nie zdążam. Żona Henry’ego, Betty gdzieś czasem próbuje się zahaczyć, ale po pewnym czasie pracodawca dochodzi do przekonania, że jeden etat dyrektorski w zupełności wystarcza. Pozostałych troje z czworga dzieci, chore na dość rzadką chorobę, objawiająca się potężną otyłością i lekkim upośledzeniem umysłowym, nie przeżyło dłużej niż do trzydziestki. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby utrzymać dietę. Udusiły się. Nie wytrzymały płuca, serca. Dopóki żyły, dopóty były spore zasiłki od państwa. Było za co żyć i ….pić. Najstarszy, Martini Dark, też toporny w myśleniu, leń jakich mało, jeszcze żyje i … też pije. Spłodzony najwcześniej, kiedy jeszcze geny ojca trzymały się jako tako kupy. Teraz, po kilkudziesięciu latach żłopania różnych wynalazków DNA wykręciło się w drugą stronę i potrzaskały wiązania. Mówią, ze to nie jego dziecię, któż to teraz zgadnie po tylu latach? Podobny: skóra pomarszczona, bełkotliwa gadka, zainteresowania identyczne, wypisz, wymaluj Henry Dark.

Szeryf w spódnicy

Wiecie, jakie znaczenie ma na polskiej wsi sołtys? To tak jak kiedyś szeryf na dzikim zachodzie.

A więc tu rządzi szeryf i jego rodzina – firma Dark&Griffon. Szeryf jest co prawda kobietą, ale to nie ma znaczenia. I tak wszystko jej wolno. Nawet jeśli nie wolno, patrz punkt pierwszy.

Pozostali mężczyźni w rodzinie….

Ano – też piją. Albo pili i na jakiś czas przestali. Albo przestali na dobre. Rodzonego brata Henry’ego nie znałem, zapił się na śmierć jeszcze przedtem, nim zdążyłem znaleźć to miejsce.

I tu muszę oddać prawdę. Żadna z kobiet w tej rodzinie nie pije.

No może trochę żona Shoovara, ale tylko trochę.

Wnuczka (jak sami mówią… jest ta lepsza i ta gorsza)

Czasem wnuczka Szeryfa, ta gorsza, bo są dwie – ale rzadko. I to tylko wtedy, gdy sprasza towarzystwo do pozostawionego bez opieki domku letniskowego sąsiada ze stolnicy. Wystarczy wziąć łom i wywalić okiennicę, rozpalić ognisko na drewnianym pomoście. Wróci właściciel to nalepperuje. Chuj mu w dupę…

Sołtys

Pruderia ma dom po drugiej stronie drogi, opatrzony numerem „Gajówka 1”, pod spodem duża tablica „Szeryf”. Cegła, dwie kondygnacje. Spytałem kiedyś o ten dom, co on taki dziwnie połatany? Każda kondygnacja z innego koloru cegły. Nie, Panie to nie dom. – A co to? – To rybakówka. – A co to rybakówka?. – A to taki budynek, co to się go stawia bez pozwolenia na budowę. Najpierw piwnica i czekamy. Przyjdą, nie przyjdą? Nie przyszli. No to parter. I czekamy. Znów nie przyszli. No to szybko dach i po sprawie. A jak się ludziom opatrzyło, to z tyłu szybciutko klatka schodowa, pięterko i gotowe. A dziś, po tylu latach to mogą mnie już w dupę pocałować. Mąż Pruderii John, pochodzący z pobliskiej Piekielni, gdzie stawów hodowlanych w bród, stary kłusownik, miał kiedyś „metę”, teraz schedę przejął młodszy syn Shoovar. Rozcieńcza ruskiego „Royala” do około 30 percent. Dychę kosztuje ten specyfik za 1/2 ltr. Schodzi jak woda we żniwa. Proceder kwitnie od kilkudziesięciu lat i głowę daję, że prędko nie zniknie z mapy świata, bo skwapliwie z tego korzystają nie tylko okoliczni cywile.

Zapierdziaki

Wyobraźcie sobie staw, a w zasadzie dwa, gdyż są rozdzielone groblą, będącą jednocześnie publiczną drogą czterometrowej szerokości plus pobocza. Wokół już wszystko należy do prywatnych właścicieli. Miejsce przepiękne. Aż dziw bierze, że ludzie, którzy zakupili tu kawałki lichej ziemi, bywają tak rzadko. Może dlatego, że większość z nich wyprowadziła się bliżej łatwych pieniędzy? Porozrzucani po całym kraju, nie mają czasu, żeby tu choć przez parę dni posiedzieć. Miastowe z odległej o pięćdziesiąt kilometrów osady wojewódzkiej pakują walizki i najczęściej uciekają w druga stronę, bliżej granicy wschodniej na pojezierze wokół kopalń. Tłum, tłok, syf i wszędzie kłaniasz się znajomym, których widziałeś trzy godziny temu na ulicy w mieście. Pomyślałem, to nie moja piosenka. Tu trafiłem zupełnie przypadkiem, obejrzałem, myślę „bingo!!”. Park Krajobrazowy Doliny Rzeki Smrodelki. I już za tydzień, a było to szesnaście lat temu, odkupiłem od sołtysa pobliskiej wsi Wniweczów, za jakieś wtedy nieduże pieniądze, ponad hektar nad jednym z dwu stawów, potocznie zwanych przez miejscowych Zapierdziakami. W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia pobliska cukrownia odkupiła od rolników kilkanaście sporych działek, wybrała torf, wysuszyła, spaliła w piecach cukrownianych, a doły już jako nieużytki oddała z powrotem tym samym rolnikom. To, co zostało to dwa kilkuhektarowe, dwu-trzymetrowej głębokości stawy i trochę nędznej ziemi, 4 i 5 klasy, wokół. No, ale czas zrobił swoje. Teraz jest to miejsce, które niejednego przyprawia o zachwyt. Dołki zalały się wodą, obrosły trzciną, pojawiły się ryby. Zaczęły gniazdować przeróżne ptaki, w pobliżu las, po prostu raj. Przyjaciele, którzy nas odwiedzają, nie mogą się nadziwić, jak ładnie. Tyle tylko, że oni posiedzą ze dwa, trzy dni i pojadą, ja tu zostanę.

Ładnie, ale jest jedno „ALE”.

Co mnie podkusiło?

Nazywam się Johny Wickerbasket. Mieszkałem kiedyś w niezbyt odległym mieście wojewódzkim, w mieście, które teraz z perspektywy czasu wspominam z żalem. Mówią: do miasta jedziesz po pieniądze, na wieś po wiedzę. Pewnie racja. Ja, oprócz wiedzy dochrapałem się jeszcze wielu innych cech, przypadłości i doświadczeń, o których potem. Najbardziej chyba odczuwam przerażającą niemoc, bezsilność powodującą totalny stres i wkurwienie, które przeszkadza mi i mojej żonie Mary. Zauważyłem zmianę zwaną asertywnością, którą to tutaj dopiero zdobyłem. Ale nie od razu.

I jeszcze na dodatek ta pieprzona bolerioza. Też nabyta tu.

Rok 2k

Był to rok przełomowy.

Wszyscy wypłacali pieniądze z banków bojąc się wirusa. Ja akurat pieniędzy w banku nie miałem, więc byłem spokojny. Te kilka tysięcy na zakup działki we Wniweczowie na Zapierdziaku z pomocą rodziny jakoś wysupłaliśmy. Hektar, trzydzieści arów, w tym dwadzieścia kilka arów stawu. Pięknie. Będzie gdzie przyjechać, wypocząć ze znajomymi, rozbić namioty, zapalić ognisko, pograć na gitarze. Już na swoim, bez obawy, że ktoś stoi ci nad głową i hałasuje.

Umówiłem sołtysa u rejenta, pojechaliśmy sprawę szybko załatwić. Gotowe, działka kupiona.

Pierwsza wizyta na już „mojej” działce

Kilka dni później wraz ze znajomymi wybraliśmy się obejrzeć wszystko dokładnie. W pewnej chwili pojawił się ON, chuda, niewysoka chłopina, z pomarszczoną twarzą, rozbieganymi oczkami i trzęsącymi się rękami. „Co wy za jedni?” Grzecznie odpowiadam – Kupiliśmy tu działkę. „A to czego siedzita na mojej miedzy?” – No, przepraszamy, ale myśleliśmy, że to nasza też miedza. – „Ja Henry Dark. Tu wszystko moje, ja tu pilnuje i koniec, płacić.” – Płacić za co? A ile – pyta się kolega? „Dajta na flaszkę i sprawa załatwiona, dziś możecie siedzieć.” No cóż, myślę sobie, dam, może sobie pójdzie, dałem, poszedł.

I to był mój błąd numer jeden! Powinienem już wtedy wypłacić fleka, pogonić i naszczać na gumofilce. Kurwa…. nie zrobiłem tego.

Już na spokojnie rozpakowaliśmy graty, rozbiliśmy namioty, jakaś krzątanina przy posiłku, rozpalanie ogniska, jakieś kocyki do rozciągnięcia gnatów po ciężkim tygodniu pracy. Luźne rozmowy, ktoś brzdąka na gitarze. Sielanka.

Nie minęło pół godziny, znowu jest. Już w stanie mocno pogiętym, z wypiekami na nieogolonej twarzy. Henry Dark we własnej osobie. Chybotliwym krokiem przemierza okolicę od namiotu do namiotu, spogląda przez szyby samochodów, lustruje zawartość wnętrza otwartych bagażników. W końcu przysiada przy ognisku i sięga po czyjeś otwarte piwo. Panie, coś Pan tu znowu chciał? – „Ja tu mieszkam, to i pilnuje”. To sobie Pan pilnuj swojego, a nie mojego. Wstał, pokręcił się jeszcze trochę po okolicy, sprzedał kilka krzywych tekstów typu: „Nie tak rąbiesz drzewo, co to za jakieś do dupy piosenki śpiewata. Ja to lubię: Szła Maryna obok młyna zaswędziała ją cytryna”, otworzył sobie drugie piwo, poszedł. W pewnej chwili odwraca się i mówi „Tylko nie podchodźta tam do mojego stoczku, bo ja tu szczupaki trzymam”. Poszedł.

Co to za stoczek? Idę się rozejrzeć, faktycznie, w dole blisko stawu, dwadzieścia metrów od ogniska, w zaroślach bije małe źródełko. Przez lata woda wypłukała dość sporą dziurę w ziemi, tak z metr średnicy i tyle samo głębokości. Woda zimna, super – mamy lodówkę, co prawda nie naszą, bo w posiadaniu „pana ochroniarza” i chociaż na naszym terenie, ale jest. Cała resztę ocalałego browaru wrzuciliśmy na dno. Niech się chłodzi na wieczór.

Z dala, z grobli dobiega bełkot i jakieś głośne rozmowy. Uff, chyba gwałci kogoś innego, na razie mamy spokój.

The Day After

Poranek

Piękny, ptaki śpiewają, żaby kumkają, ryby się pluskają, mnie szczać się chce. Wyłażę z namiotu, na kocu obok ogniska leży kto…?   ochroniarz. O Kurwa! – co to jest? Próbuję faceta zbudzić – nie daję rady – wór gówna i koniec. Śmierdzi tanim tytoniem zmieszanym z tanim alkoholem, przekładanym pawiem królewskim – wszystko to wędzone ogniskiem.

Do południa nikomu nie udało się GO dobudzić – zarąbisty ochroniarz.

Pierwsze spotkanie z Betty

Tak coś koło południa pojawia się księżniczka: kobita może ponad półwiekowa, ale pierdzicho to  ma jak dwie ciężarówki. Ale ciacho:

Dzień Dobry!! czy jest tu mój chłop?

Dzień dobry. Hello? Ktoś tu leży, ale my nie wiemy, czyj?

– A ty skurwysynu, miałeś, chuju, krowę rano wydoić, a ty co bab obcych się zachciało. Ty w kurwę  jebany baranie.

Aha, chyba małżonka ochroniarza, pewnie bardzo GO kocha, bo się bardzo miło witają z rana. Tylu komplementów na raz jeszcze nie słyszałem. Szanowna Pani sobie zabierze tego Jegomościa, bo my nie mamy ochoty słuchać takich rzeczy.

– Jak będzieta go rozpijać, to ja na milicję dzwonię.

Kurcze, dzwoń, może to się skończy wcześniej niż zaczęło?

Niestety, najbliższa przyszłość pokaże, że to neverending story.

Cisza

Jak Cicho:

i cicho, i cicho…. strumyk (stoczek) szemrze, pusty, tam nie ma już nic.

Dobrze. Może sobie pójdzie, albo GO zaniesiemy do domu? Tylko problem, bo nie mamy gumowych rękawic.

Nie. Wstał, zlał się obok w krzaki, pierwszy raz wyciągając interes ze spodni, o czym świadczą słoje na portkach, otworzył sobie następne piwo, które tam schował, głośno pierdnął (chyba z kleksem) i poszedł.

Nie było GO a ze dwa dni. Może orał, siał, bronował, nie …..spał – zaszczany ochroniarz.

Rekonesans

Pod słodką nieobecność naszego ochroniarza postanowiliśmy przedłużyć pobyt do poniedziałku. A przy okazji obejrzeć wszystko dookoła. Żeby dostać się na działkę musimy przejść drogą prowadzącą przy lesie albo obok zabudowań Państwa Dark. Poszliśmy tą drugą. Starając się nie robić szumu, jakoś ją sforsowaliśmy. Uff – udało się. Jesteśmy na grobli między Zapierdziakami. Za plecami Gajówka, idziemy w stronę krzyżówki na Chromole Kumpelskie. Droga wąska, żużlowa, przecina cienko dwa stawy. Podobno gminna, bo i ma nadany numer. Za każdym przejeżdżającym pojazdem ciągną się tumany kurzu. Od czasu do czasu przejeżdża olbrzymia cysterna, mająca bazę na Gajówce, wypucowana jak lusterko księżniczki, która ledwie mieści się na tej czterometrowej szerokości i może dwustumetrowej długości dróżce. Pobocza zarośnięte drzewami i krzewami, zwisającymi gdzieniegdzie nad lustro wody. W kilkumetrowych odstępach po obu stronach wydeptane miejsca na wędkowanie. Wszędzie porozrzucane butelki po alkoholu, puszki po piwie i kukurydzy, tu i ówdzie ludzkie gówno z utkniętym na górze świstkiem papieru, jak małe torciki w różnych odcieniach brązu i kakaa udekorowane różyczkami, zwały różnych śmieci poutykane w krzaki. Poniedziałek, to i nikogo nie ma, ale widać wczorajszą obecność kilku wędkarzy. Wzdłuż drogi biegnie linia przesyłowa na betonowych słupach. Patrzę w górę i oczom nie wierzę. Na drutach nawieszane spławików, że niejeden sklep wędkarski by się nie powstydził. Po naszej stronie urządzone kąpielisko, brudne, zakurzone, zaśmiecone, jakiś pomost sklecony z desek, wybiega w głąb stawu bezpośrednio z publicznej drogi. Jak się później okazało organizatorką kąpieliska jest kto? – Szeryf w spódnicy. Wykonawcą Martini, jej bratanek. To tak, żeby wnuczki mogły się wykąpać. A dlaczego z tej strony drogi, w obrębie innej wsi, na terenie właścicielki działki, która bywa tu raz może dwa razy w roku? I dlaczego po tej stronie drogi? Wyjaśnię to niebawem. Przechodzimy na drugi brzeg drogi. Podobny do tamtego, ale woda jakaś dziwna. wszędzie pływają jakieś kożuchy brunatnego koloru, co najmniej „nieciekawie” wyglądające. Jak się później dowiedziałem od sąsiada, mającego kawałek działki właśnie po tej stronie, próbował kiedyś znaleźć przyczynę. I znalazł. Pływając łódką, zauważył rurę wystającą z brzegu stawu, wkopaną tak na dwadzieścia centymetrów ponad lustro wody. Z rurki sączyło się coś, co przypominało, jak to określił dość opisowo: „gówno”. Spytał kiedyś o tą rurę. W odpowiedzi dostał informację przedziwną: „A to nie, nie, wiesz Pan – to nie z dna szamba, tylko z samiutkiej góry, to tylko samo rzadkie.” Ciekaw jestem, jak smakują ryby wyjęte z tamtego stawu przez mięsiarzy? No i nareszcie znam genezę nazwy tego miejsca.

To powód pierwszy

Drugi – również banalnie prosty: Jak się ktoś utopi, to przecież odpowiadał będzie właściciel, więc po co problemy? A poza tym inna wieś, inny sołtys po dupie dostanie, a tak wygodnie, bezpiecznie, no i tu nie ma gówna, a najwyżej szczyny, no chyba, że się coś komuś wypsnie. Za toytoy’a robią pobliskie krzaki, jak kto zdąży. Sielanka. Jest bezpiecznie, bo postawiono znaki ograniczenia prędkości do 30 kilometrów właśnie z powodu kąpieliska, więc kierujący pojazdami „mają obowiązek” zwolnić i tak lawirować pomiędzy kąpiącymi się, często mocno zaprawionymi obalonym tu na miejscu alkoholem plażowiczo-biesiadnikami, żeby absolutnie nikogo nie rozwałkować. Woda w tym miejscu jak zupa szczawiowa. Pływają butelki po przeróżnych napojach a na poboczu masa rozdeptanych sumików amerykańskich, już nieźle podśmierdujących. No cóż, można i tak wypoczywać, jak się ma duże samozaparcie. Wczoraj od wczesnych godzin porannych do późnowieczornych melanż na całego. Wiązanki pewnych bardzo znanych, dobitnie brzmiących, staropolskich słów, słychać było aż na naszej działce, bo woda niesie jak linia telegraficzna. Milicja z Chromola Kumpelskiego tu nie zagląda, bo po co sobie tym dupę zawracać, a poza tym sołtys wraz z bratem-ochroniarzem wszystkiego pilnuje, to i wszystko jest w porządku, bo to porządna zasłużona gospodyni i zarąbisty ochroniarz. Wesołej zabawy, miłego wypoczynku i smacznego.

Idziemy dalej..

w stronę krzyżówek na Chromole Kumpelskie. Po prawej działka z jakąś walącą się budą, będącą niegdyś jakimś śmiesznie krótkim wagonem kolejowym. Ktoś ma tu miejsce na wypoczynek. Jak się później dowiadujemy, jest to mieszkaniec pewnego znanego kurortu uzdrowiskowego i czasem tu bywa. Kupił tą działkę od Jegomości-ochroniarza, ale tylko na kwit, bez udziału rejenta, co się później okazało bardzo zgubne w skutkach. Zaraz obok następna działeczka, też nieduża i też drewniana budka – to królestwo byłego milicjanta na emeryturze. No i ostatnia działeczka na samym rogu, przed drogą biegnącą do samej wsi Wniweczów. Tu mały skromny domek, w którym mieszka spokojne małżeństwo Dustmanów. Ted Dustman, wieloletni kierowca, stracił właśnie przez wykonywaną profesję zdrowie. Emerytura niewielka. Sądowa walka z Zakładem Utylizacji Szmalu nie przyniosła żadnego efektu. No ale i wypalanych dziennie sześćdziesiąt papierosów swoje zrobiło. Ciężko mu się poruszać, więc do każdej pracy próbuje nająć kogo się da, a najbliżej kto? – Henry Dark. Więc nasz słynny ochroniarz muruje postument pod pompę, który w bardzo szybkim czasie się wali, pielęgnuje maliny wycinając stare łęty i przy okazji dziurawiąc cały rurociąg nawadniający. Opowiadali, że Master Guard zabił kiedyś prosię, które następnie wrzucono na wóz – po drodze świnia wstała i uciekła do lasu. Dustmanowie dużo opowiedzieli nam o sytuacji tu panującej, a w zasadzie o familli tu panującej. To oni znaleźli srającą rurę. Chcieli coś z tym zrobić, powiadomili nawet o swych zamiarach Szeryfa, ale dali sobie spokój, kiedy jeszcze tego samego popołudnia pocisk z KBKS przeleciał Tedowi obok głowy. Zaszczuci, siedzą teraz pod zadaszeniem opodal stawu, nie wchodząc nikomu w drogę. Zastałem Tediego przy koszeniu trawy, króciutko przycięta prezentuje się jak na boisku piłkarskim. Ładne obejście. Opowiadali, jak to niedawno zbudzili się rano, podchodzą do stawu a tam rozciągnięta sieć rybacka na ich własnym terenie. Po pewnym czasie pojawili się także sprawcy: John i Ted Griffon. Pytam: co zrobił z tym fantem. „A co ja mogę, życie mi jeszcze miłe, niewiele mi go zostało”. Patrzę na działeczkę, jakaś nieforemna. – „A, ten kawałek od strony drogi, jakieś dziesięć arów, to kupiłem od Henry Darka, a że nie było rozdziału po śmierci rodziców to tylko na kwit.”  Już niedługo będzie gorzko żałował, że nie uczynił tego notarialnie, musiał to kupić jeszcze raz, tym razem od Szeryfa w spódnicy.

Miejsce, w którym mieszkają pełne fajnego uroku, zadbane, czyste, przyjemnie zajrzeć. Tylko niestety przy zasranym stawie.

Vis a vis w odległości może pięćdziesięciu metrów, ale już przy „naszym” stawie drewniany, ładny domek, podobno postawiony przez górali. Mieszkaniec z racji odległego zamieszkania nie przyjeżdża zbyt często i dlatego ma wieczny problem z włamywaczami. Huczne imprezy na tej działce urządza sobie Martini Dark i wnuczka Szeryfa, ściągając na balangi złotą młodzież z całej okolicy, najczęściej z odległego o dwa kilometry Robalina, leżącego przy drodze prowadzącej do głównej szosy na Upławy. Powyrywane okiennice, podpalony pomost, wszędzie śmiecie i porozrzucane butelki.

Za Tedim skręcamy w prawo w polną drogę. Następny domek letniskowy, sklecony z byle czego, to Mr. Schoolarman, emerytowany nauczyciel z Pasztetowej. Skromnie, ale czysto. Paręset metrów dalej, w stronę właściwej wsi Wniweczów, leżącej za szosą na Upławy, po prawej stronie zagroda z murowanym domkiem, ładnie odremontowanym, zadbanym. Bartholomeo z żoną i przysposobionymi dziećmi. Prowadzą rodzinny dom dziecka, ale specyficzny, dzieci prawie wszystkie upośledzone, ciężka robota. Poczciwi ludzie, miło zamienić z nimi kilka słów, widać, że w  sprawę opieki nad tymi dzieciowinami zaangażowani całym sercem, pomimo posiadania swoich własnych, już dorosłych. Mają u mnie za to duży plus. Kupili niegdyś na Zapierdziaku działkę od gminy wystawioną na przetargu. Pierwszy unieważniono – nie było chętnych. Drugi ważny już w przyzwoitej cenie. Działka mniej więcej pośrodku stawu, kawałek pomostu z długim podejściem, bo teren bagienny, wiecznie zrywana tablica informująca o prywatności terenu, normalka. No i posłuchajcie….

… następnej opowieści

Wybrali się kiedyś na swą działkę nad stawem, a mieszkają w dość sporej odległości, więc nie są w stanie bezpośrednio jej obserwować. Łódka do wody, dzieci do łódki i popływać w stronę grobli, bo ich woda aż tam skosem sięga. W pewnym momencie na grobli pojawia się jedynie słuszna rodzina i zaczynają rozróbę. „Wy skurwysyny, wypierdalać stąd” i posypał się w ich stronę grad kamieni. Cóż się okazuje, Dark&Grifoon Corp. postawiła sieć rybacką na ich terenie, a oni weszli im w paradę. Czym się to skończyło, nie wiem, ale się domyślam, no bo czym mogło?

Wizyta druga

Piątek późnym popołudniem pakujemy się. Oj, długi dzień dziś miałem, to i późno wyjeżdżamy. Jedziemy oglądać dalej i trochę odsapnąć. Nasze wizyty na Zapierdziakach na razie ograniczają się do weekendów. Dużo pracy, więc i odpocząć czasem trzeba. Jadą z nami znajomi. Wyprawa na dwa samochody. Namioty są, prowiant obecny, humory dopisują, ruszamy. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Podjechaliśmy od strony lasu drogą, której na mapie co prawda nie ma, ale jest. Miejscowi traktują ją jako skrót, nie trzeba jechać dookoła, do krzyżówek tylko pod lasem. Oszczędność jakichś  trzech kilometrów. Drożyna zaczyna się przy głównej drodze na Chromole Kumpelskie, skręcamy w prawo, przez tory kolejowe, jedziemy wzdłuż lasu, przez działkę Henry Darka, ostatnią prywatną działkę przed lasem. Dróżka dalej prowadzi skrajem naszej działki, lekko skręca w kierunku zabudowań Darków, biegnie ich terenem i wpada na drogę przy Zapierdziakach. Chcemy podjechać cicho, pomni ostatnich wydarzeń. Już dość późno i ciemnawo się zaczyna robić, a to za sprawą i pory i zaczynających się kłębić chmur. O kurcze, niedobrze. Zdążymy rozbić namioty? Nie zdążyliśmy. Leje jak z cebra. No trudno, siedzimy w samochodach. Może się wypada. Najgorsze lanie za nami, teraz już tylko siąpi. O postawieniu namiotów nie ma co marzyć, o rozpaleniu ogniska tym bardziej. No cóż, siedzimy w samochodach, szybki zaparowane, ale przynajmniej sucho. W pewnym momencie zauważam kogoś, kto podobno łazi tu już od dłuższej chwili. A to z jednej, a to z drugiej strony, jak opowiada później koleżanka. W końcu podchodzi…

Poznajemy Tediego Griffona…

„Bry wieczór. Co tak siedzita tu, na ryby przyjechali?”. Przyjechaliśmy na działkę, kupiliśmy to. ”  No, no, tylko uważajta, bo tam stoi moja dryga”. Jaka dryga? Gdzie? „A tamoj, na tej wodzie” i pokazuje na fragment stawu, który przypisany jest do naszej działki. No cóż, nie wiem, co to dryga, nie wiem, kto to jest ten Pan, ciemno, mokro, zimnawo. Zostajemy w samochodach.

Sobotni piękny poranek i następne myto…..

Budzi mnie piękny, słoneczny poranek, gnaty bolące od ciasnoty, ekwilibrystyki i przeróżnych pozycji na fotelu samochodu. Piasek w oczach i … pukanie w szybę samochodu. Uchylam okno, jest nasz nowy znajomy  z pory późnowieczornej. „Nie śpita? To dobrze, bo stoję tu jakiś czas. Przyniosłem ryby – kupita?” Co za ryby? „A mam dwa szczupaki i suma – ….ści złoty, nie dużo” Kupiliśmy.

Obudzili się już wszyscy, też pogięci i połamani. Wyłazimy z samochodów, krzątanina ogólna, saperka poszła w ruch, przekazywana z rąk do rąk. Rozbijamy namioty w miejscu najbardziej suchym, pompowanie materacy, kocyki na słońce, coby je przewiało. Idę w kierunku stawu przez podmokłą łąkę, położoną nisko nad samym stawem. Tam jest taka przecinka w zaroślach i trzcinie, gdzie widać lustro wody. Miejsce fajne, zaciszne, odgrodzone ścianą trzcin od widoku grobli. Dobrze byłoby tu zbudować kiedyś kawałek pomostu. Podchodzę bliżej, trawa wokół wydeptana, w wodzie mnóstwo śmieci, pustych butelek, puszek. Do wody wrzucona stara, olbrzymia opona, chyba od Rusłana, bo na ciągnik za duża, Oho, stanowisko wędkarskie. W pobliskich zaroślach grzyby. Ten rodzaj trującego grzyba nazywany jest papierzakiem. Spoglądam na wodę i co widzę. W równiutkich odstępach co może metr jakieś małe pływaczki, tak wszystkiego ponad pięćdziesiąt metrów długości. Ciągnie się to przez całą długość mojej części stawu. Z oddali na grobli słychać pohukiwania wędkarzy i znajomy głos ochroniarza, który rozstawia wszystkich do z góry upatrzonych stanowisk połowowych.

Okazuje się więc, że kupiliśmy swoje własne ryby, wyciągnięte z wody na naszej działce. Takich zakupów to ja w przyszłości dokonam jeszcze po wielokroć.

Mamy dość…

… spania w namiotach.

Może jakaś buda, albo co? Szukam w internecie… jest. Pobudowlany barak, tak ze siedem metrów na trzy. Za nieduże pieniądze, bo już właścicielowi niepotrzebny. Ile kosztuje: pincet zyla. ok biorę, tylko, jak to przeflancować? Pomyślimy później. Teraz na działkę, szukać odpowiedniego miejsca. No jest, w miarę suche, wysoko. Przenosimy. Pojawia się Henry „Co tak patrzyta i patrzyta”. A nic to, chciałem tu barak postawić. „No, to k..wa, potrzebny fundament, ja zadziałam, się wykopie i już gotowe „. Ile? „Się dogadamy…”. OK, rób fundament, wymiary podałem, Będzie robił.

Za kilka dni, odwiedzam słynne miejsce i co widzę? Henry Dark wziął pomocnika i wykopali cztery dołki, tak, dwa na dwa sztychy, głębokości takiej samej, w piasku na wzniesieniu. Ledwo podjechałem – jest Ober. „No miał być fundament – co to jest?”

„No k..wa, a cement, kto załatwi?” – Myślałem, że kompleksowo, ale widocznie się myliłem. Trudno, sam dokończę. Ile? „Dwieście złoty” – pada odpowiedź!

Czy Cię, człeku, porąbało? – chyba dwadzieścia? „Absolutnie, tyle to kosztuje”.

W Chromolu Kumpelskim jest firma kopiąca dołki, kopareczka bardzo podoba się mojej małżonce, Mary, wypucowana, chyba BobCat, czy cóś, wzięliby może 70 zyla za roboczogodzinę, a tu, proszę bardzo, ręczna robota, to i tyle kosztuje.

Zapłaciłem!!!. Znowu!!!

Facio dzwoni do mnie od dłuższego czasu, ja nie mam jak budy zabrać – rezygnacja i tyle. Nie ma jak i gdzie postawić, sam nie będę robił, bo nie chce mi się – inwestycja chybiona – trudno. Wykopane dołki w dość krótkim czasie zrównują się z terenem. Bo to były bardzo głębokie dołki. Pozostają namioty, chlachlechluja..

Blondyn

jest gitarzystą w słynnym polskim zespole folkowym „Goombuysdanceband”…. czy jakoś tak?.

Ma przyczepkę, z którą nie ma co zrobić. Ściągnął kiedyś to cacko z Holandii, teraz ma z tym tylko problem. Zostawia ją nam, pilnujcie, bo fajna, no to pilnujemy. Faktycznie, wszystko w niej jest, wygodnie, ciepło, nawet kawałek prysznica, kuchenka. Po dwóch dniach ginie butla gazowa, lusterka, koła, i parę innych rzeczy – mydło, kasza gryczana i brudny, zasrany ręcznik. Postanawiam oddać jak najprędzej, bo niewiele z tego zostanie.

Pierwsza kąpiel w kipieli

Kilka kroków od naszej działki, ale już na terenie gminy Pasztetowa, spora działka z wygrzebaną na środku dziurą wielkości księżyca. Wybierano tu jeszcze do niedawna piasek i pospółkę, ale z rozpędu wkopali się w działki sąsiednie i chryja gotowa. Jednej z właścicielek nie zostało nic, więc dali jakieś liche odszkodowanie. Dojazd poprzez działkę Henry’ego Darka i moją. Burzył się kiedyś, że mu jeżdżą pod nosem, to na otarcie łez „zatrudnili go” na ćwierć etatu za jakąś marną pensję jako, zgadnijcie kogo, no oczywiście dozorcę. I tak mu chyba zostało.

To partyjny beton z Pasztetowej. Firma odpowiada za „uwaga”- utrzymanie czystości w mieście. Graniczymy z nimi, niestety. Wszelkie śmiecie z całej gminy są tu składowane. A jak to wygląda, nikt nie ma ochoty się zastanowić, bo po co? Kto będzie interweniował – Ochroniarz? Szeryf? – po co? Jeśli można z tego czerpać korzyści? A więc nasz umiłowany, uwielbiany  Master bierze pensję za to, że pilnuje, czy aby nie wyrzuca się tu plutonu ewentualnie polonu czy radu, zmieszanego z eternitem i starymi garnkami dla niepoznaki. Śmierdzi, jak sto chu…ów, ale kogo to interesuje? To przecie elita pasztetowska – czytaj – nie ruszać.

Idziemy się wykąpać w tym księżycu,  bo gorąc jak cholera, u nas podejście bagniste, nie ma jak wleźć, zresztą strach, czy się nie wlezie na jakąś zardzewiałą puszkę czy szkło.

Dzieciaków mnóstwo (kto to, kurcze – tyle narobił?). Pluskamy się, jakaś piłka w grochy napompowana, humory jak ta lala. I co?

Jest organ podatkowy

Kurwa mać, nasz cień, nieodłączny. Już pozbierał od wędkarzy, teraz kolej na nas.

„Płacimy!!!!” Co, jak, za co? Pięć złoty, od kąpieli!!

Za całość – nie, kulwa  od łebka!!!. A jak który wyjdzie się osuszyć, to następne pięć zyla’s.

Zgadnijcie, jaki finał? Patrzę w portfel, wieje. No ale co, dziecku odmówisz? Skurwiel wyciągnął ode mnie wtedy pięć razy tyle, niż wynosiła jego miesięczna pensja wypłacana za to, żeby mnie tam nie było.

Podsumujcie dochód – mięsiarze z publicznej drogi, plus innego rodzaju myta za przejazdy, haracze od właścicieli działek, podatek od kąpieli i odsyp od nagonionych spragnionych. Do tego zasiłki opiekuńcze i czort wie jeszcze jakie, bo Szeryf przy władzy. Nadmieniam, że interes nieopodatkowany.

Po czorta ja pracuję?

Rozmowa z …

Szeryfem.

Ten mój brat to niezły chuj. Wszystko tylko dla siebie, dla nas nic nie zostaje. Żyjemy tylko z tego, co ziemia wyda, kartofelki, ogóreczki,pomidorki, emeryturki, renty, zasiłki, zapomogi, przejazd pod szlabanem i ryby, no i oczywiście „Royal”. Trudno koniec z końcem  związać, panie szanowny. No i co?

Ano, kupiłem flaszeczkę, coby skosztować a zarazem wspomóc biedactwo, naszą kochaną Pruderię.

I co…

zajebiste!!!

Rąbie starą szmatą, znalezioną w warsztacie samochodowym. z racji środka transportowego, w którym jest przewożony. Ale i tak w porównaniu z tak zwanym mózgojebem, rewelka.

Od dziś jestem fanem tego specyfiku.

Szanowny Panie Prezesie, jedynie słusznej partyi, czerp Pan informacyje od mas, uczta się barany od narodu, weźta na stołki prezydialne ćwoków, które Was kochają i wierzą w Waszą prawdomówność. Tego barana usadziłbym na taborecie ministra skarbu, a co?. W try miga postawiłby ten kraj na nogi.

Mam fajne botki

No a jak… se kupiłem, …wodery. Łaziłem po całym wojewódzkim mieście i znalazłem. Rozmiar akuratny, po same pachwiny, grubo ponad dwie stówki. Zacząłem myśleć, jak tu to wszystko posprzątać. Wszędzie śmiecie, brzeg stawu łagodny, więc i bagnisty, nie ma wyraźnej granicy wody, za to w trzcinach butelek przeróżnych cała masa. No i tą oponkę jakoś trzeba wyciągnąć. Próbowałem z brzegu – nie da rady. Wklejona w trzęsawisko niczym przylga. Wielokrotne uklepywanie przez stojących na nim mięsiarzy zrobiło swoje, a na dodatek na górze kupa gałęzi i starych zmurszałych desek – jak tratwa. Próby wejścia w kaloszach zakończone rozparowaniem. Teraz mam jeden szarobury a drugi ciemnogranatowy, szkoda tylko, że oba lewe.

Wrzucam je na razie do bagażnika – trzeba będzie gdzieś wywalić. Wzrok pada na woderki, i już się robi milej. Idę wypróbować – no, to jest to, stabilnie, sucho – bombastiś, elastiś. Na razie ściągnąłem z nóg, posprzątać później, teraz trzeba rozbić obozowisko.

W pewnym momencie odwracam się i co widzę? Jest nasz dozorca. Stoi z krzywym uśmieszkiem i trzyma łapskami troki w okolicy jaj, tam, gdzie zawsze ma przytroczony woreczek z tabaką, wyglądający jakby to był worek mosznowy wywalony zawsze na wierzch – na nogach ma moje wodery. O rzesz ty w mordę, nawet nie zauważyłem, kiedy w nie wskoczył.

„No, no, takich to ja nie widziałżem, trza wypróbować” – i lezie do wody. Zatkało mnie, nie odezwałem się słowem, a za moment iskry mi poszły spomiędzy zębów, pewnie dlatego mam ich tak mało. Wlazł do wody po kolana, stwierdził, że niewygodne. Wylazł i mówi: „Trza mi bedzie spławiki powyciągać tamoj, com je zawiesił na trzcinie”. I poszedł. Stałem jak wryty a z dziesięć minut. Myślę: cholera, teraz mi „trza bedzie” jakiś środek odkażający, przeciwgrzybiczy, kupić.

A jednak dobrze, że specyfiku owego nie kupiłem, bo stałby nieużywany już jakieś kilkanaście lat, to by się i zepsuł. A tak parę złoty zostało w kieszeni. Ze trzy lata później spytałem, gdzie są moje botki – wodery? „Coś ty, kurwa, kupił, ciekną jak cholera, powiesiłem w stodole”. I tyle w tej sprawie. Drugich nie kupię i już.

Ach, ….no właśnie, z przeważającą częścią miejscowych już jesteśmy na TY.

Zgadnijcie, kto brudzia zaproponował, a kto za niego płacił?

Długoręki…

.. tak go nazywają. Niewysoki, małomówny, spokojny, uczynny i pracowity jak cholera. Sołtys Wniweczowa, to od niego kupiłem działkę. Jak stoi, to ręce sięgają prawie do kolan, mówią ludzie, że to od roboty. Fakt: nigdy nie widziałem go siedzącego, zawsze zasuwał jak motorówka. Sama wieś oddalona o kilka kilometrów, więc trochę daleko i niepogoda. Nic tu nie wyrośnie prócz marnego żyta. Mówią, że to ziemia żytniocementowa, jak nic nie wyrośnie, to fru – do mieszanki betonowej. I dlatego sprzedał, nie warto tego uprawiać. Przed sprzedażą wyciął kilkadziesiąt olszyn znad samego brzegu stawu, taka była umowa – trochę przejaśniało. Jeszcze przez chyba trzy lata obsiewa najwyżej położony, może czterdziestoarowy kawałek. Pomyślałem, co mają chwasty rosnąć – niech sieje. Czasem przyjedzie, ale rzadko, podejdzie, przywita się, spyta, co słychać i już go nie ma, zasuwa do następnych obowiązków. My się na razie zmieścimy poniżej żytka, na łące, bliżej stawu. Tutaj olszyny rosną prawie w bagnie, nad brzegiem wody. Trzeba będzie kiedyś pomyśleć, co z nimi zrobić? Oj, niewesoło, jak mocniej zawieje, trzeszczy to i chyli się ku upadkowi.

Przypomnijcie mi później, to Wam opowiem, jak to było z tym schylaniem się ku upadkowi.

Jednak nie wszyscy tutaj dyrektorzą, to i dobrze. Aż się gęba chacha, jak się widzi tą jego krzątaninę. Ja też kocham pracę, mogę godzinami stać i patrzeć, jak ludzie pracują.

Pomagier

Czasem Henry nie jest sam. Przyprowadza ze sobą chłopa wielkiego jak dąb. Jego łapa jak moje cztery. Razem lepiej się negocjuje warunki, a i jest na kogo zwalić ewentualnie zdobytą fuchę. Za Dębiastym w pewnej odległości niewielka psina rasy mieszanej – Reksio, nie odstępuje właściciela ani na krok. Cichy, spokojny, wychudzony szkieletor. Częstuję facetów sklepowym papierosem, Henry bierze dwa, jednego zatykając za ucho, ten drugi odmawia. O kurcze, niepalący. Pies dostaje coś do zjedzenia, co pochłania w try miga. Właściciel coś by się natomiast napił. Aha, czar prysł.

Dębiasty, kawaler do wzięcia, mieszka kilkaset metrów wgłąb Gajówki, po prawej, pod samym lasem, a w zasadzie już w lesie, razem z rodzoną siostrą, małą pokurczoną kobitką. Nazywają ją Dzidzia, lat około sześć dych. Jak ten suchy, damski? organizm wytrzymuje takie dawki alkoholu? Nie mam pojęcia. Nie przypominam sobie, żebym widział ją trzeźwą.

Wracając do sytuacji, Dębisko wyciągnęło wtedy ode mnie na taka ilość mamrota, że od wczesnego popołudnia do późnego wieczoru zatarasował cielskiem całą szerokość drogi prowadzącej na naszą działkę, trzeba było go przeskakiwać. Pies przy nim warował calutki czas. Rano na szczęście już go nie było – Reksia też. Ale za to Pan zostawił prezent – paw królewski wielkości sporej wanny, koloru wiśni.

Burza

Nooo….. takiej to nie pamiętam. W nocy. Grzmiało, pioruny waliły gdzieś na szczęście obok, woda syczała, gałęzie spadały na namioty a ze dwie godziny w nocy. Lało jak z cebra i było widno, jak w dzień.

Rano pobojowisko, gacie mi gdzieś wywiało, znalazłem je później w stawie, ze sto metrów dalej. Wszystko mokre. Nie ma się w co przebrać. Cztery grube olchy wywalone do góry kołami nad sama wodą, dwie złamane na pół, coś trzeba będzie z nimi zrobić.

Pociąłem te olchy

… na odcinki, a takie może dwu i półmetrowe, grube, fajne. O kurcze, może deski z nich zrobić? Już by było kawałek ogrodzenia – takiego kowbojskiego cud miód.

Postanawiam więc pociąć je na deski. Szukam tartaku w okolicy.

Bardzo prędko go znajduję. Nasz sąsiad kochany przecież ma krajzegę, to nam to wszystko pięknie potnie na deseczki. Pytam, czym i jak to przewiezie. „Oj tam, oj tam, przyjdę z Dębiastym to się przeniesie.” Jaki to będzie koszt? – na razie nie wiem, przyjdziewa we dwóch, to się ustali. Na razie zaliczka – tylko dwieście. Jak długo to potrwa? A ze dwa tygodnie roboty będzie. Kurcze, trochę długo. No dobra, ok, nie pali się.

No i proszę bardzo, jaki słowny facet, przyszli we dwóch, jak mówił, dość prędko to wszystko znieśli, jak zaplanował, wzięli zaliczkę, jak obiecał i poszli…..

… w tango

Czekam czternaści dni, jak ustalone – nic, czternaście miesięcy – nic, czternaście lat – nic, ani desek, ani zaliczki ani olszyn, wszystko poszło na opał – do pieca. A jednak się pali!

Po dwu tygodniach..

przyszedł, jak gdyby nigdy nic się nie stało i mówi: „Na razie się tylko rozkręcamy, a to druty zerwało na drodze, a to pas transmisyjny się zerwał, a to film się rwie” Takie tego typu pierdoły. A zresztą, na chuj komu taki płot, to trza obsadzić dookoła drzewkami, pięknymi sadzonkami, drzewkami ślicznymi sadzonkami, drzewkami ładnymi. Wim gdzie miedze są, to i tam posadze. Sie pójdzie do leśniczego, się kupi sadzonki pikne, śliczne sadzonki. Jakaś zaliczka może? I patrzy spode łba.

No i co mam z kutasem zrobić? Mam ochotę łeb mu urwać i nasrać do szyi. Nie wiem, co mnie powstrzymuje jeszcze, ale widzę, że Marry aż się gotuje, zaraz mu przypierdoli…….

Nie tylko my …

mamy już go dość. Przecież nie jesteśmy tu sami, mamy przyjaciół, znajomych, którzy nas tu odwiedzają i widzą ciągle ten sam zasrany ryj, pchający się do ich butelek z piwem. Ale, że nie chcą nas urazić, jeszcze to jakoś niechętnie, ale ignorują. W końcu przyjaciel proponuje, że się tym zajmie, dobrze Mary? No trudno, dobra – odpowiada małżonka.

Niebawem pojawia się BOSS, ale pachnie jakąś inną perfumą i jak zwykle ta sama gadka – nie tak rąbiesz , nie tak pierdzisz a to krzywo patrzysz itp.

W pewnym momencie Vito, przyjaciel, pyta się: „Mary, już” Już – pada odpowiedź.

Wstaje, podchodzi do mendy, prosi o chwilkę rozmowy na osobności. Coś mu tam szepnął i…… jak mu nie wykurwi fleka w dupsko, to aż z brudnych portek kurz się posypał jakiś taki brązowawo-brunatny. Facia wygło do przodu środkiem, wnet jednak wrócił do pozycji wyjścia i ……  o k..wa, poszedł sobie.

Odetchnęliśmy z ulgą, uśmiechy powróciły na nasze twarze, hi hi, ha ha, gitarra, fujarra, ognisko, dowcipki, sielanka.

Nie minęło pół godziny…..     mam mówić dalej?


Mamy nowego znajomego…

Patrzę, coś się wlecze po drodze na nasza działkę, ale chyba nie human, bo na czworaka. Podpełzło toto bliżej i zaczyna coś gadać. A jednak human, znaczy się ludź i gada na dodatek.

Próbuję dojść powoli, o co gościowi szanownemu chodzi. Coś mamrocze, trzymając w jednej ręce podartą reklamówkę z brudnymi pustymi butelkami w ilości około dziesięciu szt. W środku, oprócz butelek, kilka paczek jakichś ruskich papierosów. Druga ręka podpiera gościa o glebę. Podobno stołek o trzech nogach najstabilniejszy. Od słowa do słowa wywnioskowałem z wielkim trudem, że chce mi te puste butelki i papierosy sprzedać. Za ile? Dycha! Daje mu dychę nie przyjmując w zamian nic. Oczy robią mu się wielkie, patrzy z niedowierzaniem a to raz na dychę, a to na reklamówkę w garści ściskaną, z której nie ubyło nic. Jak się później okazało mieszkaniec pobliskiej stacji, niedziałającej już kolejki. Budynek w ruinie, bo nie ma kto wyremontować, cztery rodziny w osobnych mieszkaniach. On w jednym z nich. Rencista. Stały klient spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Wnet po otrzymaniu renty, część kasy przeznacza na ruskie papierosy kupowane na targu w Pasztetowej, a pozostałą na alkohol. Nigdy nie może trafić odpowiedniej proporcji. Najczęściej zostają mu papierosy, które to próbuje sprzedać za bezcen, a uzyskaną w ten sposób nadwyżką dalej gospodarzyć. A tu proszę i wilk syty i owca cała. Ale gratka. „Postał” tak kilka chwil, szeroko uśmiechnął, ukłonił się nisko i „poszedł”. Niegdyś po wypiciu znacznej ilości wyżej wymienionego specyfiku marki „Griffon”, tak zwanej szuwarówki pan Wniweczowski wywinął w nocy orła wstając z wyra za potrzebą tak niefortunnie, że łbem przydzwonił w stojący nieopodal stalowy piecyk. Od tej pory chodzi jak jego praprzodkowie.

Nie był częstym gościem. Już niebawem pochowają bidaka, resztki mózgu nie wytrzymują stężenia, choć to tylko nie więcej niż 30%.

Schyłek upadku

Brzmi jak kwintesencja absolutu, albo apogeum zenitu.

Ale do rzeczy, mieliście mi przypomnieć.

Mój ś.p. grandpa, wieloletni nauczyciel w PRL-u, zasłużony pedagog, tajny nauczyciel za okupanta, prześmieszny facet opowiadał kiedyś, że z racji pełnionej profesji dyrektorskiej musiał zasiadać w komisji, rozdzielającej mieszkania służbowe dla nauczycieli. Komisja analizowała złożone podania. Oto tekst jednego z nich: „Mam lokum, w którym sracz chyli się ku upadkowi. Gdy na nim siedzę, wiąże się to z niebezpieczeństwem życia”.

Kręci się, kręci …

jak smród po gaciach. Co ty chcesz?

Ja wedle tych nasadzeń. Drzewka ładne, śliczne sadzonki od leśnika, piękne, dorodne drzewka, ładne.

A niech sadzi.

Jakiś zadatek…. może?

Ooooo..!, nie tym razem. Sadź, przyjmą się, zapłacę.

Ze skwaśniałą miną poszedł do domu. Tym razem zwierzyny nie ustrzelił.

Znacie ten rodzaj muchy? Taka zielona, trójkątna, końska, albo krówska. Bzyczy i lata wokół Ciebie, a Ty nie możesz nic zrobić. Nie pomaga wymachiwanie rękami, tupanie nogami, czy szczelne owijanie, oddychać jakoś i tak musisz. W końcu znajdzie sposób, siądzie na Tobie i błyskawicznie jebnie w najbardziej delikatne miejsce. Masz później piekący i swędzący bąbel. A jak już zaczyna przysychać, ona znowu jest. I wtedy się skupiasz, czekasz, aż usiądzie i działasz błyskawicznie, najlepiej całą rozpostartą łapą, nie przejmując się skutkami – czerwonym od uderzenia policzkiem i obolałą dłonią. Zadowolony z akcji uspakajasz się, a za kilka chwil jest już druga, podobna, tylko, że większa, bardziej niebieska i niżej bzyczy, ale bzyk ten sam.

Kilka dni później…

dzwoni Betty: „Proszę natychmiast przyjechać, jest problem” A z czym? – pytam. „Nie przez telefon”. Ok, myślę, wsiadam, jadę. Co się okazuje – drzewka posadzone, większość sosenki, w odległości jedna przy drugiej jakieś 30 cm! poprzetykane brzózkami i gdzieniegdzie świerki, albo co popadło. Pytam – co się dzieje? „Ano,” – powiada Betty – „przyszedł sąsiad, co ma szkółkę świerków, Owczyński. Ktoś w nocy ukradł mu dwadzieścia, był na Pana działce, milicja Pana szuka.” Mnie? Z jakiej racji. „Bo u Pana znalazł te świerki.” O kurwa, ochroniarz zasrany brał skąd się tylko dało, z lasu, łąki, szkółki, byle nie od leśnika. Szukam barana wszędzie – tym razem nigdzie go nie ma, wessało gdzieś żłoba.

Sprawa jakoś przyschła po kilku dniach. Zresztą, co to mnie obchodzi!

Odpuszczam na dni kilka, trzeba się jakoś odkuć – wydatki spore, inwestycje w zieloną muchę, krowią, trójkątną.

Jadę

Kilka dobrych dni mnie nie było. Roboty kupa, i dobrze, bo przecież muszę zarobić na pół narodu, odprowadzając podatek.

Oglądam, posadzone. Co prawda pospolite krzuny, ale niech tam, nie wydziwiam, baobabów się nie spodziewałem.

Po jakimś czasie idzie. Widać GO z daleka, ale jakiś dziś bardziej cichy: „Dobry!”. Dzień dobry, dobry. Co to za awantura była. „Oj tam, oj tam, zrobione? – No.”

Ile? – pytam. Liczy: „Czterysta drzewek, może ponad, niech będzie czterysta razy trzy to tysiąc dwieście” O, Kurwa, aż tyle i po trzy zyla. „Nooo… kupa roboty”. westchnąłem, wyjąłem pulares, patrzę nie mam nawet połowy. No, ale miałem przecież zapłacić, jak się przyjmą. Kiedy to będzie widać, nawet nie wiem. Pokręcił nosem, splunął, podrapał po ogorzałym ryju, coś postękał, ponarzekał na to, że musiał w nocy nawet pracować. Wziął kasę i już go nie było…..

o ho ho ….

chyba z tydzień, albo dłużej. Ponoć był u pomagiera i się rozliczali, bo razem ta robota wykonywana ręcznie. Przeliczali, rozkładali na kupki, dzielili do momentu, kiedy po tygodniu już nie było czego tasować.

Wtedy się pojawił. „No i przyjęły się, no nie!” Nie wiem, poczekamy – zobaczymy. „Nie, nie, to już widać, kulwa, przyszetem po resztę.”(nie wymawia „r”)

No cóż, pojechałem do bankomatu.

Rok w rok, w zimie, ubywało po jednym świerku. Dosadzone przeze mnie sadzonki kosodrzewiny w miejscach ubytków, spowodowanych różnymi przyczynami, ale przede wszystkim taką, że po prostu uschły!!!, znikły w tempie zastraszającym. Nie wiem, śmiać się, płakać, bluzgać? Odpuszczam, zapominam, niech to sobie rośnie, jak chce.

Mój brat ….

rodzony tak się podjarał, że kupił następną łąkę obok naszej działki, właściwie jest to przedłużenie naszej aż do torów kolejowych, ale bez wody. Taki kawał marnej gleby, piaszczystej, osiemdziesiąt parę arów. Mówię: po co ci to? A, niech leży, nikt tego przecież nie podpieprzy. Będzie dla prawnuków, jak się oczywiście będzie chciał postarać. A teraz co? A, nie wiem, rób tam, co chcesz. Wołam sąsiada, co ma traktor i leśny pług. Przyorał, kupiłem w nadleśnictwie osiem tysiaków sadzonki sosny kwalifikowanej po siedem groszy za sztukę, nająłem ludzi, kilka dni roboty, tysiąc dębów dosadzonych. Podliczam koszty – osiem stów!!!

Kilka lat później, Mary małżonka ma, chodzi, liczy i liczy (bardzo skrupulatna baba). Wiesz, ile ci Dark posadził? A skąd mogę wiedzieć, nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby przeliczyć. No to doliczyłam się stu trzynastu drzewek. Kochanieńki, wyszło po dziesięć złotych i sześćdziesiąt dwa grosze za sadzonkę – Gratuluję!

sąsiad od pługa

śmieszny, rubaszny, pracowity, mówią na niego niedojda, z biednej rodziny, w szkole prześladowany przez rówieśników. I chyba dlatego wziął się w garść i postanowił odkuć, odstać od pozostałych. Z perspektywy czasu myślę, że mu się udało. Postawione tunele, w środku warzywa, roboty od smętnej pyty. Pracuje nawet w niedzielę, kiedy to Pruderia klepie pacierze w kościele, modląc się o niepowodzenie jego przedsięwzięć. Wyruszają całą rodziną z rana na najdłuższa mszę, sumę, odstawieni jak stróż w Boże Ciało. Garniturki, wypucowane samochodziki. Jak myślicie, czego nie chodzę do kościoła?

Odpuść

woła Marry

odpuść – wołają wszyscy dookoła. Nie, zaparłem się jak osioł. Jestem we własnym domu. Chce być sam, zmora niech zniknie, niech zniknie ……

Całe życie zapieprzałem…

rano budowa… wstawaj o 7 rano…. potem otworzyć kawiarenkę internetową na studenckiej ulicy w wojewódzkim mieście, coby skorzystali z Messengera. Płać za internet przesyłany radiowo kupę kasy. Zwróci się, nie zwróci? kto to wie. Podmiana, Mary mnie zmienia koło południa, zasuwam na budowie do późnych godzin popołudniowych, coś jem i do kawiarenki na wieczorny dyżur do pierwszej, czasem drugiej w nocy, krótki sen i na budowę………..

I w pewnym momencie olśnienie:

Spierdzielaj stąd, bo facet, który pobiera czynsz, tylko na to czeka, żeby powinęła ci się noga, przejmie wszystko, tak jak skasował twoich poprzedników.

Budynek – zabytek. Dostał kasę na remont, przesrał, a szkoda, szukają go ci, którzy uwierzyli, że będzie patriotą, co kocha Godebskiego. Anioł, tak go nazywamy – przypomnijcie sobie filmy Barei.

Więc spierdzielam…  coraz częściej mnie nie ma, rzygać mi się chcę, jak widzę tych pseudo matrixów, nic nie widzących, prócz tych dwu rumpli. Pornoski, putty, srutty, ssh, sratata, paneboze.cz. Studenci z wiodącej uczelni prowadzący swoje elektroniczne, nocne życie, walący gruchę w brudnej toalecie (czasem jeden drugiemu)

Resztkami sił próbuję skłonić ich do zaśpiewania karaoke: no, no , …i miałem dziesięć lat…. no reaction, matrix ważniejszy.

Trudno, wypijam piwo, drugie, imieniny, moje, czy kogoś innego, nie ważne.

Przyjaciel wychodzi na zewnątrz, zapalić papierosa, nóż w serce, nie wiadomo z której strony padł cios, relacje są diametralnie różne, jak różni jesteśmy my wszyscy – jeden widział dupę, bo stał z tyłu, drugi czernyje oczy, po drugiej stronie.

Tom, mój niedoszły zięć, postanawia dorwać skurwiela, po tym jak szanowna milicja postanawia po piętnastu minutach wycofać się z akcji. Bierze baranów za łeb, jadą w promieniu 300 m po okolicy, jest, schował się pod zaparkowanym samochodem jakieś 100 m od miejsca śmierci mojego przyjaciela, rozebrane na pół nożyce do rozcinania kurczaka posłużyły mu do odebrania życia człowiekowi, który całe życie żył, nie wadząc nikomu.

Byłeś najlepszym, spośród tych, co zowią się wolontariuszami, pokazałeś mi swoich przyjaciół, nie mających rąk i nóg, którzy wcale nie prosili o wsparcie. Dałeś im ogromną moc istnienia, tworzenia, egzystencji. Marecki – kochamy Cię, i będziemy z Tobą do końca życia. Naszego, bo Twoje zgasło zbyt gwałtownie.

„Ktoś”, komu wydawało się, ze ma wielką moc i władzę, jednym ciosem wysłał w nicość faceta, których zbyt mało na tym zasranym świecie. Żegnaj bracie, żeglarzu, ziemia pozostała bardzo uboga bez Ciebie.

Moja córka, która jest do mnie podobna jak dwie krople wody (od pasa w górę z przerwą ), trzyma głowę mojego przyjaciela klęcząc na brudnym trotuarze, i płacząc, prosząc o pomoc. Staję jak wryty, skamieniały, nie robię nic, bo nie mogę się ruszyć z miejsca.  Ktoś wzywa „R”, odległą na 300 metrów. Pół godziny! i już są, Felczer na miejscu nie wie, co robić. Próbuje wyręczać go sanitariusz, ale jest już za późno. Szpitalna czterdziestopięciominutowa reanimacja wraca mu cząstkę życia, niestety mózg już nie pracuje. „Żyje” jeszcze kilka miesięcy…..

Warzywo odwiedzamy regularnie, aż do zwiędnięcia ostatniego, malutkiego listka, wyblakłego, i nie wiedząc kiedy, zeschłego na wiór. Mimo, ze oszukiwaliśmy się, że widzi nas, rozmawia z nami…. odszedł… w ciszy… dostojnie… tak samo, jak dostojne było jego ciche, piękne życie. We love you –  Marecki.

Internet potęgą,

z której czerpię korzyści. Są to czasy, w których nie jest to zakazane, ale niemile widziane. Kontakt ze światem zewnętrznym, nawet przez krótkie fale radiowe jest „bee”. Tak już chyba zostanie, każda władza w tym kraju boi się rozgłosu i szeroko zakrojonego kontaktu obywateli ze światem zewnętrznym, zwłaszcza PIS-du. Klub krótkofalarski na osiedlu oddany w ręce czarnych mamb. Miejsce klucza do Morsa zastępuje konfesjonał. Teraz mohery z całej okolicy nadają: ta ta ti ta ta ti… gdzieś w kosmos. My czasem mieliśmy odzew….. Już nie możemy wołać… zabrali nam walkie-talkie.

Zwiać stąd… tylko gdzie?

Kumple z osiedla jacyś tacy inni.

To już nie jest zabawa w piaskownicy, plucie z rurek plasteliną. Nie mają Morsa, to szukają innych rozrywek, handel papierosami, sprzedawanymi na metry, jak Carmen i Caro. W pawilonach sklep, w którym kupisz Chesterfieldy za 40 zyla.

U nich zajebiście mniej.

W końcu kontakty z fajnymi chłopakami bliżej Wisły, co to już wiedzą jak to robić. i CHWDP, bo maja prawników, którzy tylko wiedzą niewiele więcej niż ONI .

Adjamok bawi się bombą na balkonie, Ojnuf jest księgowym Łowomina, Czasza narkotyki walizami, jeden drugiemu jebie pojazdy typu 126 i lepsze – pełna brędzlada.

Jedynie Azgier pozostaje na straży – wynosi się stąd i zostaje szoferem kosiarki.

Jak nie chcę kosiarki, jak chcę inaczej….

może by tak coś budować, a nie walić.

No to buduję, z kolegami w DDR. Ja pierdzielę, cud-technika-wiszące sufity. Robota po kilkanaście godzin dziennie, powroty na kwaterę, pasztet mazowiecki, krótki sen w opakowaniu, w fotelu przed telewizorem, który działa do rana. I tak nikt go nie słyszy.

Po powrocie nie mam konkurencji, laser-sraser, poziomnico-pionownico-ukośnica  itp. Ludzie biorą. Czasy kielni i 300% normy przeminęli z wiatrem.

Wracam… Kisomat ma Jawkę 350…

Tato sprawił…. Jeździmy do końca benzolu w baku.

Ysztwan Kisomat szyje passki i jest krakersem. Wszytko, co robi, wypieszczone i prawie za darmo. Ja mam szybką kaburę do Colta, co wygląda jak u szeryfa za trokiem. Większość kapel z DDR i okolicy chodzi w jego stringach z nutra. Blondyn tym bardziej, bo ma blisko. No i kamiziołka z królików, przebój. Gumbajdensbend przez to jakiś niepolski, ale w kolorze RGB. Za to wokalistka całe życie w białych kozaczkach. No i trąci to wszystko agrorockiem. Wszyscy sfasowali kombojki i czapki z taniegoarmaniego, coby poczuć się lepiej, mniej szaro. Ysy Fajczyk ze Śmietnika, zarąbisty gościu, brzdąka na bandżo większym, niż mniejszym. Muszla popiernicza na harmonijce, coraz lepiej mu to idzie, miesza to z wokalem. Namawiamy go na lekcje śpiewu, odpowiada, że nikogo nie będzie uczył. Na jakiejś imprezie gubi instrument, łazi przetrząsając wszystkie kąty, w końcu stwierdza: „Ktoś dybie na moja karierę”.

Vito LeCrem wali w kotły z całych sił.

W kapeli koleś, który niebawem zarżnie i poćwiartuje matkę.

Rock&Roll.

Narzeczona Martiniego

Jedziemy kolejny raz „odpocząć”. Już z daleka nas zobaczył, pędzi na oślep, widocznie ma mocnego kaca. Wyciągnął na „Czar PeGeeR-u” i zniknął. Niestety, nie na długo.

Idziemy przywitać się z resztą familii. W sieni pojawia się księżniczka „pierdzichowska”. Ze środka chałupy słychać odgłosy niezłego melanżu. Smród przetrawionej ruskiej wódy i przypalonej kaszanki wszędzie. Pierdzicho ruchem głowy wskazuje na leżące przy wrotach od stodoły dziewczę, może kilkunastoletnie: „Widzita, to bedzie moja synowa, ładna, co nie?”. Odpowiadamy, że cacy, chociaż twarzy nie widać, jeno goły tyłek. Brudna kiecka zarzucona na głowę. Próbuje się podnieść, ale jakoś jej to nie wychodzi. Zza rogu chałupy słychać odgłosy udanego rzygania, żadne wkładanie paluszków. Wszędzie smród jakiejś spalenizny zmieszanej z odchodami, alkoholem i lichym tytoniem, rwanym z pola najbliższego sąsiada, który to kontraktuje.

Okazuje się, że to Martini postarał się przedwczoraj o to cacko, gdzieś na stacji benzynowej przy drodze na Upławy, przy której to stacji otworzyli piwny bar. Przytargał z kolegami do stodoły. Poili całymi dniami i rżnęli nocami. Nic nie jadała kilka dni – tylko żłopała, rzygała i sikała pod siebie.

Po dwu dniach naszego pobytu przywlekła się do nas, korzystając z nieuwagi gospodarzy, którzy ją „przygarnęli”. Brudna, śmierdzącą szuwarówką, głodna. „Proszę Pana, niech mnie Pan odwiezie do domu…. proszę”.

Odwiozłem do Ślepska, kilkanaście kilometrów, tam mieszkała.

Wesela chyba nie będzie.

Lekarstwo na wrzody

Od kilku już lat Darkowie, Henry i Marty, noszą brody. Wyglądają przez to o jakieś trzydzieści lat starzej. Jeden i drugi. Jak Rumcajsy, tylko im pistoletów na żołędzie brakuje.

Pytam: „Czemu to tak”.

Otóż, obu panom wyskoczył ma pyskach młodzieńczy trądzik, więc trzeba to było podmaskować. No cóż, są też i inne sposoby. Mydło, papier ścierny, nie mówiąc już o Acnosanie, zawierającym sporą domieszkę bardzo lotnego związku chemicznego, który na pewno wpłynąłby łagodząco nie tylko zewnętrznie.

Sklep

W Robalinie sklep. Sklep, jak to wiejski sklep, na parterze budynku mieszkalnego, ścieżynka od furtki do drzwi. Obok drzwi włącznik dzwonka, bo klientów nie za dużo, to po co siedzieć non stop. Przychodzą falami, jak chce się pić. Wtedy oblężenie, ale po drugiej stronie drogi jest miejsce, żeby posiedzieć na ławeczce, obalić browara, albo dwa, względnie bączka. Tego specyfiku chyba najwięcej na półce. Jest też chleb, ale wyliczony, na zamówienie. Ciężko trafić wolny bochenek. Konserwy, obok żarówki i zapałki, ceramiczne topikowe bezpieczniki, niżej lody w zamrażarce  i…. jak to w takim sklepie… wszystkiego po trochu.

Sprzedaż najczęściej na zeszyt, jeden bierze z zastawem inny bez, zanotować trzeba wszystko. W kilku przypadkach pozycji tyle, że na jednej stronicy się nie mieści. Mus ufać, że oddadzą, jak zarobią, obiecują, prolongują, znoszą puste butelki, żeby długi zmniejszyć, przemykają cichaczem za płotem, jak się o to zrobi awantura. No, ale jest miejsce spotkań i pogawędek. Jestem świadkiem jednej z nich. Kobita wysyła chłopa do sklepu, bo żarówka spalona w sieni, nic wieczorem nie widać, kto, co i jak? Trzy złote w garść i poszedł. Obok sklepu spotyka kumpli, sączących piwo. Trzygodzinny dylemat i narzekanie: co kupić? Browca czy żarówkę?

Od gadania zaschło w przełyku. No to zagadka rozwiązana.