Vioha

I nie tylko tam. obecne jest to przede wszystkim tam, gdzie si臋 wyklu艂o. Na vioha.pl …. te偶.

Wi臋kszo艣膰 z Was ogl膮da艂a te kultowe filmy, dorzuc臋 jeszcze „Rejs” i „Karate po polsku”. Zbierzcie wi臋c to wszystko do kupy, a i tak to nie dor贸wna scenom dziej膮cym si臋 tutaj.

Wybaczcie za brak chronologii, ale te szesna艣cie lat obecno艣ci w tym 艣rodowisku mog艂o co艣 poprzeplata膰 w czasie. Takie jakby „Back to the Future”.

By膰 mo偶e nie b臋d臋 ca艂kiem obiektywny, ale to ju偶 nie ode mnie zale偶y. Opinie s膮 jak odbytnica, ka偶dy ma swoj膮.

I jeszcze przestroga dla tych, kt贸rzy b臋d膮 chcieli mnie na艣ladowa膰 uciekaj膮c od zgie艂ku, smrodu miejskiego i wiecznych kork贸w. Nie pozw贸lcie si臋 spoufala膰, to inny 艣wiat, inni ludzie. Dystans i rezerwa, co艣 dajesz, 偶膮daj czego艣 w zamian, bo b臋d膮 patrzyli na ciebie jak na idiot臋. Nie pozw贸l wej艣膰 sobie na g艂ow臋, bo ju偶 mendy nie b臋dzie m贸g艂 zrzuci膰 z karku przez bardzo d艂ugo, wczepi ci si臋 i b臋dzie wypija艂a z ciebie ca艂膮 twoj膮 krew. Na ka偶de bezece艅stwo reaguj jak najszybciej, pomimo, i偶 wiesz, 偶e s艂u偶by to ich s艂u偶by, to pociotkowie, dalsza rodzina, znajomkowie, ich nocni klienci, nie dasz rady wioskowym uk艂adom, ale walcz, nie przejmuj膮c si臋 tym, co o tobie s膮dz膮 i gadaj膮 o tobie. B膮d藕 ponadto. To twoje 偶ycie, nie daj si臋 st艂amsi膰, zastraszy膰, bo ci臋 zjedz膮, wysraj膮 na sito, przep艂ucz膮 i jeszcze raz zjedz膮.

Przygotuj si臋 na d艂ug膮, samotn膮 walk臋, nie tylko przeciwko s膮siedzkiemu z艂u, ale tak偶e na przepychanki z milicj膮, z pomoc膮 kt贸rej pod byle pretekstem zaliczysz czterdziestoo艣miogodzinn膮 odsiadk臋, pod kt贸r膮 podpisuje si臋 ci膮gle ten sam prokuoszo艂om. A to zgarn膮 ci臋 za rzekome gro藕by karalne, innym razem za posiadanie nielegalnej broni w postaci tureckiej wiatr贸wki. B臋dziesz wzywany pod zarzutem zgaszenia niedopa艂ka papierosa na szutrowym poboczu wiejskiej drogi, szykanowany, ci膮gany po powiatowych komisariatach, bo tw贸j pies szczeka. B臋dziesz musia艂 znie艣膰 fakt, 偶e s艂u偶by powo艂ane do tego, 偶eby ci臋 broni膰 i chroni膰 tw贸j dobytek, b臋d膮 robi艂y wszystko, 偶eby ci zaszkodzi膰. Przygotuj si臋 na wieczne naloty inspektor贸w budowlanych, uci膮偶liwe do tego stopnia, 偶e dokument贸w budowy nie b臋dziesz chowa艂 zbyt g艂臋boko. Komuny zagnie偶d偶onej we 艂bach tych „obywateli” nie wygnieciesz tak szybko. Pustka w m贸zgownicach powiatowych milicjant贸w b臋dzie ci臋 przyprawia艂a o md艂o艣ci i co by艣 nie zrobi艂 nie wsk贸rasz nic, nie wyt艂umaczysz, bo rozdziawi膮 g臋by, postoj膮, u艣miechn膮 si臋 do ciebie, a i tak zrobi膮 swoje, czyli NIC. Jeste艣 obcy, przyby艂e艣 tu jako obcy i obcym dla nich pozostaniesz. Chyba, 偶e b臋dziesz chcia艂 si臋 integrowa膰, nie radz臋, ju偶 to przerobi艂em, wystrychn膮 ci臋 na dudka. B臋dziesz odkr臋ca艂 to p贸藕niej ca艂ymi latami.

Tak do ko艅ca nikt nie wie. 呕aden facet nie pracuje, wieczne wakacje. Nawet je艣li gdzie艣 si臋 za艂apie, to nie na d艂ugo. Prawie wszystko ju偶, co prawda, w rodzinie od niedawna podzielone, posprzedawane, to, co ca艂ymi latami le偶a艂o ugorem te偶, a by艂o tego ze sze艣膰 ha. I dzia艂ki nad stawem Zapierdziakiem te偶. Zabudowania ca艂ej familii w kupie na pocz膮tku wsi Gaj贸wka, kt贸rej szeryfuje Pruderia Griffon, b臋d膮cej co prawda ostatni膮 ulic膮 miasta jednocze艣nie, ale jednak wiejskie zabudowania, ci膮gn膮ce si臋 kilka kilometr贸w a偶 do miejscowo艣ci Pasztetowa m贸wi膮 same za siebie. Mieszkaj膮 po obu stronach drogi, rzut beretem do Zapierdziak贸w, b臋d膮cych ju偶 w innej miejscowo艣ci Wniwecz贸w, w gminie Chromole Kumpelskie. Ona w murowanym domu z m臋偶em Johnem i synami. Starszy brat Pruderii, Henry Dark zosta艂 w rodzinnej cha艂upie opodal. Mieszka z 偶on膮 Betty i synem Martinim. Dom drewniany, w kiepskim stanie, sracz w rogu podw贸rka za stodo艂膮 i kilkoma budynkami gospodarskimi, porozrywany na strz臋py tunel foliowy, w kt贸rym od lat nikt nic nie posadzi艂. Kiedy艣 by艂a krowa, ale nikomu nie chcia艂o si臋 jej doi膰. Kozy – to samo. Na gumnie kilka kur, kilka ps贸w, z kt贸rych jeden na sta艂e zakuty dwumetrowym 艂a艅cuchem do rozpadaj膮cej si臋 budy wydepta艂 w ziemi okr膮g takiej samej 艣rednicy g艂臋boko艣ci trzydziestu centymetr贸w. Dno do艂ka wype艂nione rozdeptywanymi odchodami koloru jasnego popio艂u, 艣wiadcz膮cymi o jako艣ci karmy. Reszta lata luzem. Tylko jednego co roku si臋 szczepi przeciwko w艣ciekli藕nie. W razie Niemca kwit mo偶na przypi膮膰 ka偶demu z nich. Wszystkim „Burek”, czy „Maks”. Henry i tak nie pami臋ta, jak si臋 wabi膮. 呕艂opie od urodzenia, wszystko idzie na przelew. Odk膮d pami臋tam, nigdy nie pracowa艂. Zawsze pijany. Kiedy艣 spyta艂em: Cz艂owieku, mia艂e艣 ty kiedy艣 kaca? – Nie zd膮偶am. 呕ona Henry’ego, Betty gdzie艣 czasem pr贸buje si臋 zahaczy膰, ale po pewnym czasie pracodawca dochodzi do przekonania, 偶e jeden etat dyrektorski w zupe艂no艣ci wystarcza. Pozosta艂ych troje z czworga dzieci, chore na do艣膰 rzadk膮 chorob臋, objawiaj膮ca si臋 pot臋偶n膮 oty艂o艣ci膮 i lekkim upo艣ledzeniem umys艂owym, nie prze偶y艂o d艂u偶ej ni偶 do trzydziestki. Nikt nie zada艂 sobie trudu, 偶eby utrzyma膰 diet臋. Udusi艂y si臋. Nie wytrzyma艂y p艂uca, serca. Dop贸ki 偶y艂y, dop贸ty by艂y spore zasi艂ki od pa艅stwa. By艂o za co 偶y膰 i ….pi膰. Najstarszy, Martini Dark, te偶 toporny w my艣leniu, le艅 jakich ma艂o, jeszcze 偶yje i … te偶 pije. Sp艂odzony najwcze艣niej, kiedy jeszcze geny ojca trzyma艂y si臋 jako tako kupy. Teraz, po kilkudziesi臋ciu latach 偶艂opania r贸偶nych wynalazk贸w DNA wykr臋ci艂o si臋 w drug膮 stron臋 i potrzaska艂y wi膮zania. M贸wi膮, ze to nie jego dzieci臋, kt贸偶 to teraz zgadnie po tylu latach? Podobny: sk贸ra pomarszczona, be艂kotliwa gadka, zainteresowania identyczne, wypisz, wymaluj Henry Dark.

Wiecie, jakie znaczenie ma na polskiej wsi so艂tys? To tak jak kiedy艣 szeryf na dzikim zachodzie.

A wi臋c tu rz膮dzi szeryf i jego rodzina – firma Dark&Griffon. Szeryf jest co prawda kobiet膮, ale to nie ma znaczenia. I tak wszystko jej wolno. Nawet je艣li nie wolno, patrz punkt pierwszy.

Ano – te偶 pij膮. Albo pili i na jaki艣 czas przestali. Albo przestali na dobre. Rodzonego brata Henry’ego nie zna艂em, zapi艂 si臋 na 艣mier膰 jeszcze przedtem, nim zd膮偶y艂em znale藕膰 to miejsce.

I tu musz臋 odda膰 prawd臋. 呕adna z kobiet w tej rodzinie nie pije.

No mo偶e troch臋 偶ona Shoovara, ale tylko troch臋.

Czasem wnuczka Szeryfa, ta gorsza, bo s膮 dwie – ale rzadko. I to tylko wtedy, gdy sprasza towarzystwo do pozostawionego bez opieki domku letniskowego s膮siada ze stolnicy. Wystarczy wzi膮膰 艂om i wywali膰 okiennic臋, rozpali膰 ognisko na drewnianym pomo艣cie. Wr贸ci w艂a艣ciciel to nalepperuje. Chuj mu w dup臋…

Pruderia ma dom po drugiej stronie drogi, opatrzony numerem „Gaj贸wka 1”, pod spodem du偶a tablica „Szeryf”. Ceg艂a, dwie kondygnacje. Spyta艂em kiedy艣 o ten dom, co on taki dziwnie po艂atany? Ka偶da kondygnacja z innego koloru ceg艂y. Nie, Panie to nie dom. – A co to? – To rybak贸wka. – A co to rybak贸wka?. – A to taki budynek, co to si臋 go stawia bez pozwolenia na budow臋. Najpierw piwnica i czekamy. Przyjd膮, nie przyjd膮? Nie przyszli. No to parter. I czekamy. Zn贸w nie przyszli. No to szybko dach i po sprawie. A jak si臋 ludziom opatrzy艂o, to z ty艂u szybciutko klatka schodowa, pi臋terko i gotowe. A dzi艣, po tylu latach to mog膮 mnie ju偶 w dup臋 poca艂owa膰. M膮偶 Pruderii John, pochodz膮cy z pobliskiej Piekielni, gdzie staw贸w hodowlanych w br贸d, stary k艂usownik, mia艂 kiedy艣 „met臋”, teraz sched臋 przej膮艂 m艂odszy syn Shoovar. Rozcie艅cza ruskiego „Royala” do oko艂o 30 percent. Dych臋 kosztuje ten specyfik za 1/2 ltr. Schodzi jak woda we 偶niwa. Proceder kwitnie od kilkudziesi臋ciu lat i g艂ow臋 daj臋, 偶e pr臋dko nie zniknie z mapy 艣wiata, bo skwapliwie z tego korzystaj膮 nie tylko okoliczni cywile.

Wyobra藕cie sobie staw, a w zasadzie dwa, gdy偶 s膮 rozdzielone grobl膮, b臋d膮c膮 jednocze艣nie publiczn膮 drog膮 czterometrowej szeroko艣ci plus pobocza. Wok贸艂 ju偶 wszystko nale偶y do prywatnych w艂a艣cicieli. Miejsce przepi臋kne. A偶 dziw bierze, 偶e ludzie, kt贸rzy zakupili tu kawa艂ki lichej ziemi, bywaj膮 tak rzadko. Mo偶e dlatego, 偶e wi臋kszo艣膰 z nich wyprowadzi艂a si臋 bli偶ej 艂atwych pieni臋dzy? Porozrzucani po ca艂ym kraju, nie maj膮 czasu, 偶eby tu cho膰 przez par臋 dni posiedzie膰. Miastowe z odleg艂ej o pi臋膰dziesi膮t kilometr贸w osady wojew贸dzkiej pakuj膮 walizki i najcz臋艣ciej uciekaj膮 w druga stron臋, bli偶ej granicy wschodniej na pojezierze wok贸艂 kopal艅. T艂um, t艂ok, syf i wsz臋dzie k艂aniasz si臋 znajomym, kt贸rych widzia艂e艣 trzy godziny temu na ulicy w mie艣cie. Pomy艣la艂em, to nie moja piosenka. Tu trafi艂em zupe艂nie przypadkiem, obejrza艂em, my艣l臋 „bingo!!”. Park Krajobrazowy Doliny Rzeki Smrodelki. I ju偶 za tydzie艅, a by艂o to szesna艣cie lat temu, odkupi艂em od so艂tysa pobliskiej wsi Wniwecz贸w, za jakie艣 wtedy niedu偶e pieni膮dze, ponad hektar nad jednym z dwu staw贸w, potocznie zwanych przez miejscowych Zapierdziakami. W latach pi臋膰dziesi膮tych ubieg艂ego stulecia pobliska cukrownia odkupi艂a od rolnik贸w kilkana艣cie sporych dzia艂ek, wybra艂a torf, wysuszy艂a, spali艂a w piecach cukrownianych, a do艂y ju偶 jako nieu偶ytki odda艂a z powrotem tym samym rolnikom. To, co zosta艂o to dwa kilkuhektarowe, dwu-trzymetrowej g艂臋boko艣ci stawy i troch臋 n臋dznej ziemi, 4 i 5 klasy, wok贸艂. No, ale czas zrobi艂 swoje. Teraz jest to miejsce, kt贸re niejednego przyprawia o zachwyt. Do艂ki zala艂y si臋 wod膮, obros艂y trzcin膮, pojawi艂y si臋 ryby. Zacz臋艂y gniazdowa膰 przer贸偶ne ptaki, w pobli偶u las, po prostu raj. Przyjaciele, kt贸rzy nas odwiedzaj膮, nie mog膮 si臋 nadziwi膰, jak 艂adnie. Tyle tylko, 偶e oni posiedz膮 ze dwa, trzy dni i pojad膮, ja tu zostan臋.

艁adnie, ale jest jedno „ALE”.

Nazywam si臋 Johny Wickerbasket. Mieszka艂em kiedy艣 w niezbyt odleg艂ym mie艣cie wojew贸dzkim, w mie艣cie, kt贸re teraz z perspektywy czasu wspominam z 偶alem. M贸wi膮: do miasta jedziesz po pieni膮dze, na wie艣 po wiedz臋. Pewnie racja. Ja, opr贸cz wiedzy dochrapa艂em si臋 jeszcze wielu innych cech, przypad艂o艣ci i do艣wiadcze艅, o kt贸rych potem. Najbardziej chyba odczuwam przera偶aj膮c膮 niemoc, bezsilno艣膰 powoduj膮c膮 totalny stres i wkurwienie, kt贸re przeszkadza mi i mojej 偶onie Mary. Zauwa偶y艂em zmian臋 zwan膮 asertywno艣ci膮, kt贸r膮 to tutaj dopiero zdoby艂em. Ale nie od razu.

I jeszcze na dodatek ta pieprzona bolerioza. Te偶 nabyta tu.

By艂 to rok prze艂omowy.

Wszyscy wyp艂acali pieni膮dze z bank贸w boj膮c si臋 wirusa. Ja akurat pieni臋dzy w banku nie mia艂em, wi臋c by艂em spokojny. Te kilka tysi臋cy na zakup dzia艂ki we Wniweczowie na Zapierdziaku z pomoc膮 rodziny jako艣 wysup艂ali艣my. Hektar, trzydzie艣ci ar贸w, w tym dwadzie艣cia kilka ar贸w stawu. Pi臋knie. B臋dzie gdzie przyjecha膰, wypocz膮膰 ze znajomymi, rozbi膰 namioty, zapali膰 ognisko, pogra膰 na gitarze. Ju偶 na swoim, bez obawy, 偶e kto艣 stoi ci nad g艂ow膮 i ha艂asuje.

Um贸wi艂em so艂tysa u rejenta, pojechali艣my spraw臋 szybko za艂atwi膰. Gotowe, dzia艂ka kupiona.

Kilka dni p贸藕niej wraz ze znajomymi wybrali艣my si臋 obejrze膰 wszystko dok艂adnie. W pewnej chwili pojawi艂 si臋 ON, chuda, niewysoka ch艂opina, z pomarszczon膮 twarz膮, rozbieganymi oczkami i trz臋s膮cymi si臋 r臋kami. „Co wy za jedni?” Grzecznie odpowiadam – Kupili艣my tu dzia艂k臋. „A to czego siedzita na mojej miedzy?” – No, przepraszamy, ale my艣leli艣my, 偶e to nasza te偶 miedza. – „Ja Henry Dark. Tu wszystko moje, ja tu pilnuje i koniec, p艂aci膰.” – P艂aci膰 za co? A ile – pyta si臋 kolega? „Dajta na flaszk臋 i sprawa za艂atwiona, dzi艣 mo偶ecie siedzie膰.” No c贸偶, my艣l臋 sobie, dam, mo偶e sobie p贸jdzie, da艂em, poszed艂.

I to by艂 m贸j b艂膮d numer jeden! Powinienem ju偶 wtedy wyp艂aci膰 fleka, pogoni膰 i naszcza膰 na gumofilce. Kurwa…. nie zrobi艂em tego.

Ju偶 na spokojnie rozpakowali艣my graty, rozbili艣my namioty, jaka艣 krz膮tanina przy posi艂ku, rozpalanie ogniska, jakie艣 kocyki do rozci膮gni臋cia gnat贸w po ci臋偶kim tygodniu pracy. Lu藕ne rozmowy, kto艣 brzd膮ka na gitarze. Sielanka.

Nie min臋艂o p贸艂 godziny, znowu jest. Ju偶 w stanie mocno pogi臋tym, z wypiekami na nieogolonej twarzy. Henry Dark we w艂asnej osobie. Chybotliwym krokiem przemierza okolic臋 od namiotu do namiotu, spogl膮da przez szyby samochod贸w, lustruje zawarto艣膰 wn臋trza otwartych baga偶nik贸w. W ko艅cu przysiada przy ognisku i si臋ga po czyje艣 otwarte piwo. Panie, co艣 Pan tu znowu chcia艂? – „Ja tu mieszkam, to i pilnuje”. To sobie Pan pilnuj swojego, a nie mojego. Wsta艂, pokr臋ci艂 si臋 jeszcze troch臋 po okolicy, sprzeda艂 kilka krzywych tekst贸w typu: „Nie tak r膮biesz drzewo, co to za jakie艣 do dupy piosenki 艣piewata. Ja to lubi臋: Sz艂a Maryna obok m艂yna zasw臋dzia艂a j膮 cytryna”, otworzy艂 sobie drugie piwo, poszed艂. W pewnej chwili odwraca si臋 i m贸wi „Tylko nie podchod藕ta tam do mojego stoczku, bo ja tu szczupaki trzymam”. Poszed艂.

Co to za stoczek? Id臋 si臋 rozejrze膰, faktycznie, w dole blisko stawu, dwadzie艣cia metr贸w od ogniska, w zaro艣lach bije ma艂e 藕r贸de艂ko. Przez lata woda wyp艂uka艂a do艣膰 spor膮 dziur臋 w ziemi, tak z metr 艣rednicy i tyle samo g艂臋boko艣ci. Woda zimna, super – mamy lod贸wk臋, co prawda nie nasz膮, bo w posiadaniu „pana ochroniarza” i chocia偶 na naszym terenie, ale jest. Ca艂a reszt臋 ocala艂ego browaru wrzucili艣my na dno. Niech si臋 ch艂odzi na wiecz贸r.

Z dala, z grobli dobiega be艂kot i jakie艣 g艂o艣ne rozmowy. Uff, chyba gwa艂ci kogo艣 innego, na razie mamy spok贸j.

Poranek

Pi臋kny, ptaki 艣piewaj膮, 偶aby kumkaj膮, ryby si臋 pluskaj膮, mnie szcza膰 si臋 chce. Wy艂a偶臋 z namiotu, na kocu obok ogniska le偶y kto…? ochroniarz. O Kurwa! – co to jest? Pr贸buj臋 faceta zbudzi膰 – nie daj臋 rady – w贸r g贸wna i koniec. 艢mierdzi tanim tytoniem zmieszanym z tanim alkoholem, przek艂adanym pawiem kr贸lewskim – wszystko to w臋dzone ogniskiem.

Do po艂udnia nikomu nie uda艂o si臋 GO dobudzi膰 – zar膮bisty ochroniarz.

Tak co艣 ko艂o po艂udnia pojawia si臋 ksi臋偶niczka: kobita mo偶e ponad p贸艂wiekowa, ale pierdzicho to ma jak dwie ci臋偶ar贸wki. Ale ciacho:

Dzie艅 Dobry!! czy jest tu m贸j ch艂op?

Dzie艅 dobry. Hello? Kto艣 tu le偶y, ale my nie wiemy, czyj?

– A ty skurwysynu, mia艂e艣, chuju, krow臋 rano wydoi膰, a ty co bab obcych si臋 zachcia艂o. Ty w kurw臋 jebany baranie.

Aha, chyba ma艂偶onka ochroniarza, pewnie bardzo GO kocha, bo si臋 bardzo mi艂o witaj膮 z rana. Tylu komplement贸w na raz jeszcze nie s艂ysza艂em. Szanowna Pani sobie zabierze tego Jegomo艣cia, bo my nie mamy ochoty s艂ucha膰 takich rzeczy.

– Jak b臋dzieta go rozpija膰, to ja na milicj臋 dzwoni臋.

Kurcze, dzwo艅, mo偶e to si臋 sko艅czy wcze艣niej ni偶 zacz臋艂o?

Niestety, najbli偶sza przysz艂o艣膰 poka偶e, 偶e to neverending story.

Jak Cicho:

i cicho, i cicho…. strumyk (stoczek) szemrze, pusty, tam nie ma ju偶 nic.

Dobrze. Mo偶e sobie p贸jdzie, albo GO zaniesiemy do domu? Tylko problem, bo nie mamy gumowych r臋kawic.

Nie. Wsta艂, zla艂 si臋 obok w krzaki, pierwszy raz wyci膮gaj膮c interes ze spodni, o czym 艣wiadcz膮 s艂oje na portkach, otworzy艂 sobie nast臋pne piwo, kt贸re tam schowa艂, g艂o艣no pierdn膮艂 (chyba z kleksem) i poszed艂.

Nie by艂o GO a ze dwa dni. Mo偶e ora艂, sia艂, bronowa艂, nie …..spa艂 – zaszczany ochroniarz.

Pod s艂odk膮 nieobecno艣膰 naszego ochroniarza postanowili艣my przed艂u偶y膰 pobyt do poniedzia艂ku. A przy okazji obejrze膰 wszystko dooko艂a. 呕eby dosta膰 si臋 na dzia艂k臋 musimy przej艣膰 drog膮 prowadz膮c膮 przy lesie albo obok zabudowa艅 Pa艅stwa Dark. Poszli艣my t膮 drug膮. Staraj膮c si臋 nie robi膰 szumu, jako艣 j膮 sforsowali艣my. Uff – uda艂o si臋. Jeste艣my na grobli mi臋dzy Zapierdziakami. Za plecami Gaj贸wka, idziemy w stron臋 krzy偶贸wki na Chromole Kumpelskie. Droga w膮ska, 偶u偶lowa, przecina cienko dwa stawy. Podobno gminna, bo i ma nadany numer. Za ka偶dym przeje偶d偶aj膮cym pojazdem ci膮gn膮 si臋 tumany kurzu. Od czasu do czasu przeje偶d偶a olbrzymia cysterna, maj膮ca baz臋 na Gaj贸wce, wypucowana jak lusterko ksi臋偶niczki, kt贸ra ledwie mie艣ci si臋 na tej czterometrowej szeroko艣ci i mo偶e dwustumetrowej d艂ugo艣ci dr贸偶ce. Pobocza zaro艣ni臋te drzewami i krzewami, zwisaj膮cymi gdzieniegdzie nad lustro wody. W kilkumetrowych odst臋pach po obu stronach wydeptane miejsca na w臋dkowanie. Wsz臋dzie porozrzucane butelki po alkoholu, puszki po piwie i kukurydzy, tu i 贸wdzie ludzkie g贸wno z utkni臋tym na g贸rze 艣wistkiem papieru, jak ma艂e torciki w r贸偶nych odcieniach br膮zu i kakaa udekorowane r贸偶yczkami, zwa艂y r贸偶nych 艣mieci poutykane w krzaki. Poniedzia艂ek, to i nikogo nie ma, ale wida膰 wczorajsz膮 obecno艣膰 kilku w臋dkarzy. Wzd艂u偶 drogi biegnie linia przesy艂owa na betonowych s艂upach. Patrz臋 w g贸r臋 i oczom nie wierz臋. Na drutach nawieszane sp艂awik贸w, 偶e niejeden sklep w臋dkarski by si臋 nie powstydzi艂. Po naszej stronie urz膮dzone k膮pielisko, brudne, zakurzone, za艣miecone, jaki艣 pomost sklecony z desek, wybiega w g艂膮b stawu bezpo艣rednio z publicznej drogi. Jak si臋 p贸藕niej okaza艂o organizatork膮 k膮pieliska jest kto? – Szeryf w sp贸dnicy. Wykonawc膮 Martini, jej bratanek. To tak, 偶eby wnuczki mog艂y si臋 wyk膮pa膰. A dlaczego z tej strony drogi, w obr臋bie innej wsi, na terenie w艂a艣cicielki dzia艂ki, kt贸ra bywa tu raz mo偶e dwa razy w roku? I dlaczego po tej stronie drogi? Wyja艣ni臋 to niebawem. Przechodzimy na drugi brzeg drogi. Podobny do tamtego, ale woda jaka艣 dziwna. wsz臋dzie p艂ywaj膮 jakie艣 ko偶uchy brunatnego koloru, co najmniej „nieciekawie” wygl膮daj膮ce. Jak si臋 p贸藕niej dowiedzia艂em od s膮siada, maj膮cego kawa艂ek dzia艂ki w艂a艣nie po tej stronie, pr贸bowa艂 kiedy艣 znale藕膰 przyczyn臋. I znalaz艂. P艂ywaj膮c 艂贸dk膮, zauwa偶y艂 rur臋 wystaj膮c膮 z brzegu stawu, wkopan膮 tak na dwadzie艣cia centymetr贸w ponad lustro wody. Z rurki s膮czy艂o si臋 co艣, co przypomina艂o, jak to okre艣li艂 do艣膰 opisowo: „g贸wno”. Spyta艂 kiedy艣 o t膮 rur臋. W odpowiedzi dosta艂 informacj臋 przedziwn膮: „A to nie, nie, wiesz Pan – to nie z dna szamba, tylko z samiutkiej g贸ry, to tylko samo rzadkie.” Ciekaw jestem, jak smakuj膮 ryby wyj臋te z tamtego stawu przez mi臋siarzy? No i nareszcie znam genez臋 nazwy tego miejsca.

Drugi – r贸wnie偶 banalnie prosty: Jak si臋 kto艣 utopi, to przecie偶 odpowiada艂 b臋dzie w艂a艣ciciel, wi臋c po co problemy? A poza tym inna wie艣, inny so艂tys po dupie dostanie, a tak wygodnie, bezpiecznie, no i tu nie ma g贸wna, a najwy偶ej szczyny, no chyba, 偶e si臋 co艣 komu艣 wypsnie. Za toytoy’a robi膮 pobliskie krzaki, jak kto zd膮偶y. Sielanka. Jest bezpiecznie, bo postawiono znaki ograniczenia pr臋dko艣ci do 30 kilometr贸w w艂a艣nie z powodu k膮pieliska, wi臋c kieruj膮cy pojazdami „maj膮 obowi膮zek” zwolni膰 i tak lawirowa膰 pomi臋dzy k膮pi膮cymi si臋, cz臋sto mocno zaprawionymi obalonym tu na miejscu alkoholem pla偶owiczo-biesiadnikami, 偶eby absolutnie nikogo nie rozwa艂kowa膰. Woda w tym miejscu jak zupa szczawiowa. P艂ywaj膮 butelki po przer贸偶nych napojach a na poboczu masa rozdeptanych sumik贸w ameryka艅skich, ju偶 nie藕le pod艣mierduj膮cych. No c贸偶, mo偶na i tak wypoczywa膰, jak si臋 ma du偶e samozaparcie. Wczoraj od wczesnych godzin porannych do p贸藕nowieczornych melan偶 na ca艂ego. Wi膮zanki pewnych bardzo znanych, dobitnie brzmi膮cych, staropolskich s艂贸w, s艂ycha膰 by艂o a偶 na naszej dzia艂ce, bo woda niesie jak linia telegraficzna. Milicja z Chromola Kumpelskiego tu nie zagl膮da, bo po co sobie tym dup臋 zawraca膰, a poza tym so艂tys wraz z bratem-ochroniarzem wszystkiego pilnuje, to i wszystko jest w porz膮dku, bo to porz膮dna zas艂u偶ona gospodyni i zar膮bisty ochroniarz. Weso艂ej zabawy, mi艂ego wypoczynku i smacznego.

w stron臋 krzy偶贸wek na Chromole Kumpelskie. Po prawej dzia艂ka z jak膮艣 wal膮c膮 si臋 bud膮, b臋d膮c膮 niegdy艣 jakim艣 艣miesznie kr贸tkim wagonem kolejowym. Kto艣 ma tu miejsce na wypoczynek. Jak si臋 p贸藕niej dowiadujemy, jest to mieszkaniec pewnego znanego kurortu uzdrowiskowego i czasem tu bywa. Kupi艂 t膮 dzia艂k臋 od Jegomo艣ci-ochroniarza, ale tylko na kwit, bez udzia艂u rejenta, co si臋 p贸藕niej okaza艂o bardzo zgubne w skutkach. Zaraz obok nast臋pna dzia艂eczka, te偶 niedu偶a i te偶 drewniana budka – to kr贸lestwo by艂ego milicjanta na emeryturze. No i ostatnia dzia艂eczka na samym rogu, przed drog膮 biegn膮c膮 do samej wsi Wniwecz贸w. Tu ma艂y skromny domek, w kt贸rym mieszka spokojne ma艂偶e艅stwo Dustman贸w. Ted Dustman, wieloletni kierowca, straci艂 w艂a艣nie przez wykonywan膮 profesj臋 zdrowie. Emerytura niewielka. S膮dowa walka z Zak艂adem Utylizacji Szmalu nie przynios艂a 偶adnego efektu. No ale i wypalanych dziennie sze艣膰dziesi膮t papieros贸w swoje zrobi艂o. Ci臋偶ko mu si臋 porusza膰, wi臋c do ka偶dej pracy pr贸buje naj膮膰 kogo si臋 da, a najbli偶ej kto? – Henry Dark. Wi臋c nasz s艂ynny ochroniarz muruje postument pod pomp臋, kt贸ry w bardzo szybkim czasie si臋 wali, piel臋gnuje maliny wycinaj膮c stare 艂臋ty i przy okazji dziurawi膮c ca艂y ruroci膮g nawadniaj膮cy. Opowiadali, 偶e Master Guard zabi艂 kiedy艣 prosi臋, kt贸re nast臋pnie wrzucono na w贸z – po drodze 艣winia wsta艂a i uciek艂a do lasu. Dustmanowie du偶o opowiedzieli nam o sytuacji tu panuj膮cej, a w zasadzie o familli tu panuj膮cej. To oni znale藕li sraj膮c膮 rur臋. Chcieli co艣 z tym zrobi膰, powiadomili nawet o swych zamiarach Szeryfa, ale dali sobie spok贸j, kiedy jeszcze tego samego popo艂udnia pocisk z KBKS przelecia艂 Tedowi obok g艂owy. Zaszczuci, siedz膮 teraz pod zadaszeniem opodal stawu, nie wchodz膮c nikomu w drog臋. Zasta艂em Tediego przy koszeniu trawy, kr贸ciutko przyci臋ta prezentuje si臋 jak na boisku pi艂karskim. 艁adne obej艣cie. Opowiadali, jak to niedawno zbudzili si臋 rano, podchodz膮 do stawu a tam rozci膮gni臋ta sie膰 rybacka na ich w艂asnym terenie. Po pewnym czasie pojawili si臋 tak偶e sprawcy: John i Ted Griffon. Pytam: co zrobi艂 z tym fantem. „A co ja mog臋, 偶ycie mi jeszcze mi艂e, niewiele mi go zosta艂o”. Patrz臋 na dzia艂eczk臋, jaka艣 nieforemna. – „A, ten kawa艂ek od strony drogi, jakie艣 dziesi臋膰 ar贸w, to kupi艂em od Henry Darka, a 偶e nie by艂o rozdzia艂u po 艣mierci rodzic贸w to tylko na kwit.” Ju偶 nied艂ugo b臋dzie gorzko 偶a艂owa艂, 偶e nie uczyni艂 tego notarialnie, musia艂 to kupi膰 jeszcze raz, tym razem od Szeryfa w sp贸dnicy.

Miejsce, w kt贸rym mieszkaj膮 pe艂ne fajnego uroku, zadbane, czyste, przyjemnie zajrze膰. Tylko niestety przy zasranym stawie.

Vis a vis w odleg艂o艣ci mo偶e pi臋膰dziesi臋ciu metr贸w, ale ju偶 przy „naszym” stawie drewniany, 艂adny domek, podobno postawiony przez g贸rali. Mieszkaniec z racji odleg艂ego zamieszkania nie przyje偶d偶a zbyt cz臋sto i dlatego ma wieczny problem z w艂amywaczami. Huczne imprezy na tej dzia艂ce urz膮dza sobie Martini Dark i wnuczka Szeryfa, 艣ci膮gaj膮c na balangi z艂ot膮 m艂odzie偶 z ca艂ej okolicy, najcz臋艣ciej z odleg艂ego o dwa kilometry Robalina, le偶膮cego przy drodze prowadz膮cej do g艂贸wnej szosy na Up艂awy. Powyrywane okiennice, podpalony pomost, wsz臋dzie 艣miecie i porozrzucane butelki.

Za Tedim skr臋camy w prawo w poln膮 drog臋. Nast臋pny domek letniskowy, sklecony z byle czego, to Mr. Schoolarman, emerytowany nauczyciel z Pasztetowej. Skromnie, ale czysto. Par臋set metr贸w dalej, w stron臋 w艂a艣ciwej wsi Wniwecz贸w, le偶膮cej za szos膮 na Up艂awy, po prawej stronie zagroda z murowanym domkiem, 艂adnie odremontowanym, zadbanym. Bartholomeo z 偶on膮 i przysposobionymi dzie膰mi. Prowadz膮 rodzinny dom dziecka, ale specyficzny, dzieci prawie wszystkie upo艣ledzone, ci臋偶ka robota. Poczciwi ludzie, mi艂o zamieni膰 z nimi kilka s艂贸w, wida膰, 偶e w spraw臋 opieki nad tymi dzieciowinami zaanga偶owani ca艂ym sercem, pomimo posiadania swoich w艂asnych, ju偶 doros艂ych. Maj膮 u mnie za to du偶y plus. Kupili niegdy艣 na Zapierdziaku dzia艂k臋 od gminy wystawion膮 na przetargu. Pierwszy uniewa偶niono – nie by艂o ch臋tnych. Drugi wa偶ny ju偶 w przyzwoitej cenie. Dzia艂ka mniej wi臋cej po艣rodku stawu, kawa艂ek pomostu z d艂ugim podej艣ciem, bo teren bagienny, wiecznie zrywana tablica informuj膮ca o prywatno艣ci terenu, normalka. No i pos艂uchajcie….

Wybrali si臋 kiedy艣 na sw膮 dzia艂k臋 nad stawem, a mieszkaj膮 w do艣膰 sporej odleg艂o艣ci, wi臋c nie s膮 w stanie bezpo艣rednio jej obserwowa膰. 艁贸dka do wody, dzieci do 艂贸dki i pop艂ywa膰 w stron臋 grobli, bo ich woda a偶 tam skosem si臋ga. W pewnym momencie na grobli pojawia si臋 jedynie s艂uszna rodzina i zaczynaj膮 rozr贸b臋. „Wy skurwysyny, wypierdala膰 st膮d” i posypa艂 si臋 w ich stron臋 grad kamieni. C贸偶 si臋 okazuje, Dark&Grifoon Corp. postawi艂a sie膰 ryback膮 na ich terenie, a oni weszli im w parad臋. Czym si臋 to sko艅czy艂o, nie wiem, ale si臋 domy艣lam, no bo czym mog艂o?

Pi膮tek p贸藕nym popo艂udniem pakujemy si臋. Oj, d艂ugi dzie艅 dzi艣 mia艂em, to i p贸藕no wyje偶d偶amy. Jedziemy ogl膮da膰 dalej i troch臋 odsapn膮膰. Nasze wizyty na Zapierdziakach na razie ograniczaj膮 si臋 do weekend贸w. Du偶o pracy, wi臋c i odpocz膮膰 czasem trzeba. Jad膮 z nami znajomi. Wyprawa na dwa samochody. Namioty s膮, prowiant obecny, humory dopisuj膮, ruszamy. Po godzinie jeste艣my na miejscu. Podjechali艣my od strony lasu drog膮, kt贸rej na mapie co prawda nie ma, ale jest. Miejscowi traktuj膮 j膮 jako skr贸t, nie trzeba jecha膰 dooko艂a, do krzy偶贸wek tylko pod lasem. Oszcz臋dno艣膰 jakich艣 trzech kilometr贸w. Dro偶yna zaczyna si臋 przy g艂贸wnej drodze na Chromole Kumpelskie, skr臋camy w prawo, przez tory kolejowe, jedziemy wzd艂u偶 lasu, przez dzia艂k臋 Henry Darka, ostatni膮 prywatn膮 dzia艂k臋 przed lasem. Dr贸偶ka dalej prowadzi skrajem naszej dzia艂ki, lekko skr臋ca w kierunku zabudowa艅 Dark贸w, biegnie ich terenem i wpada na drog臋 przy Zapierdziakach. Chcemy podjecha膰 cicho, pomni ostatnich wydarze艅. Ju偶 do艣膰 p贸藕no i ciemnawo si臋 zaczyna robi膰, a to za spraw膮 i pory i zaczynaj膮cych si臋 k艂臋bi膰 chmur. O kurcze, niedobrze. Zd膮偶ymy rozbi膰 namioty? Nie zd膮偶yli艣my. Leje jak z cebra. No trudno, siedzimy w samochodach. Mo偶e si臋 wypada. Najgorsze lanie za nami, teraz ju偶 tylko si膮pi. O postawieniu namiot贸w nie ma co marzy膰, o rozpaleniu ogniska tym bardziej. No c贸偶, siedzimy w samochodach, szybki zaparowane, ale przynajmniej sucho. W pewnym momencie zauwa偶am kogo艣, kto podobno 艂azi tu ju偶 od d艂u偶szej chwili. A to z jednej, a to z drugiej strony, jak opowiada p贸藕niej kole偶anka. W ko艅cu podchodzi…

„Bry wiecz贸r. Co tak siedzita tu, na ryby przyjechali?”. Przyjechali艣my na dzia艂k臋, kupili艣my to. ” No, no, tylko uwa偶ajta, bo tam stoi moja dryga”. Jaka dryga? Gdzie? „A tamoj, na tej wodzie” i pokazuje na fragment stawu, kt贸ry przypisany jest do naszej dzia艂ki. No c贸偶, nie wiem, co to dryga, nie wiem, kto to jest ten Pan, ciemno, mokro, zimnawo. Zostajemy w samochodach.

Budzi mnie pi臋kny, s艂oneczny poranek, gnaty bol膮ce od ciasnoty, ekwilibrystyki i przer贸偶nych pozycji na fotelu samochodu. Piasek w oczach i … pukanie w szyb臋 samochodu. Uchylam okno, jest nasz nowy znajomy z pory p贸藕nowieczornej. „Nie 艣pita? To dobrze, bo stoj臋 tu jaki艣 czas. Przynios艂em ryby – kupita?” Co za ryby? „A mam dwa szczupaki i suma – ….艣ci z艂oty, nie du偶o” Kupili艣my.

Obudzili si臋 ju偶 wszyscy, te偶 pogi臋ci i po艂amani. Wy艂azimy z samochod贸w, krz膮tanina og贸lna, saperka posz艂a w ruch, przekazywana z r膮k do r膮k. Rozbijamy namioty w miejscu najbardziej suchym, pompowanie materacy, kocyki na s艂o艅ce, coby je przewia艂o. Id臋 w kierunku stawu przez podmok艂膮 艂膮k臋, po艂o偶on膮 nisko nad samym stawem. Tam jest taka przecinka w zaro艣lach i trzcinie, gdzie wida膰 lustro wody. Miejsce fajne, zaciszne, odgrodzone 艣cian膮 trzcin od widoku grobli. Dobrze by艂oby tu zbudowa膰 kiedy艣 kawa艂ek pomostu. Podchodz臋 bli偶ej, trawa wok贸艂 wydeptana, w wodzie mn贸stwo 艣mieci, pustych butelek, puszek. Do wody wrzucona stara, olbrzymia opona, chyba od Rus艂ana, bo na ci膮gnik za du偶a, Oho, stanowisko w臋dkarskie. W pobliskich zaro艣lach grzyby. Ten rodzaj truj膮cego grzyba nazywany jest papierzakiem. Spogl膮dam na wod臋 i co widz臋. W r贸wniutkich odst臋pach co mo偶e metr jakie艣 ma艂e p艂ywaczki, tak wszystkiego ponad pi臋膰dziesi膮t metr贸w d艂ugo艣ci. Ci膮gnie si臋 to przez ca艂膮 d艂ugo艣膰 mojej cz臋艣ci stawu. Z oddali na grobli s艂ycha膰 pohukiwania w臋dkarzy i znajomy g艂os ochroniarza, kt贸ry rozstawia wszystkich do z g贸ry upatrzonych stanowisk po艂owowych.

Okazuje si臋 wi臋c, 偶e kupili艣my swoje w艂asne ryby, wyci膮gni臋te z wody na naszej dzia艂ce. Takich zakup贸w to ja w przysz艂o艣ci dokonam jeszcze po wielokro膰.

… spania w namiotach.

Mo偶e jaka艣 buda, albo co? Szukam w internecie… jest. Pobudowlany barak, tak ze siedem metr贸w na trzy. Za niedu偶e pieni膮dze, bo ju偶 w艂a艣cicielowi niepotrzebny. Ile kosztuje: pincet zyla. ok bior臋, tylko, jak to przeflancowa膰? Pomy艣limy p贸藕niej. Teraz na dzia艂k臋, szuka膰 odpowiedniego miejsca. No jest, w miar臋 suche, wysoko. Przenosimy. Pojawia si臋 Henry „Co tak patrzyta i patrzyta”. A nic to, chcia艂em tu barak postawi膰. „No, to k..wa, potrzebny fundament, ja zadzia艂am, si臋 wykopie i ju偶 gotowe „. Ile? „Si臋 dogadamy…”. OK, r贸b fundament, wymiary poda艂em, B臋dzie robi艂.

Za kilka dni, odwiedzam s艂ynne miejsce i co widz臋? Henry Dark wzi膮艂 pomocnika i wykopali cztery do艂ki, tak, dwa na dwa sztychy, g艂臋boko艣ci takiej samej, w piasku na wzniesieniu. Ledwo podjecha艂em – jest Ober. „No mia艂 by膰 fundament – co to jest?”

„No k..wa, a cement, kto za艂atwi?” – My艣la艂em, 偶e kompleksowo, ale widocznie si臋 myli艂em. Trudno, sam doko艅cz臋. Ile? „Dwie艣cie z艂oty” – pada odpowied藕!

Czy Ci臋, cz艂eku, por膮ba艂o? – chyba dwadzie艣cia? „Absolutnie, tyle to kosztuje”.

W Chromolu Kumpelskim jest firma kopi膮ca do艂ki, kopareczka bardzo podoba si臋 mojej ma艂偶once, Mary, wypucowana, chyba BobCat, czy c贸艣, wzi臋liby mo偶e 70 zyla za roboczogodzin臋, a tu, prosz臋 bardzo, r臋czna robota, to i tyle kosztuje.

Zap艂aci艂em!!!. Znowu!!!

Facio dzwoni do mnie od d艂u偶szego czasu, ja nie mam jak budy zabra膰 – rezygnacja i tyle. Nie ma jak i gdzie postawi膰, sam nie b臋d臋 robi艂, bo nie chce mi si臋 – inwestycja chybiona – trudno. Wykopane do艂ki w do艣膰 kr贸tkim czasie zr贸wnuj膮 si臋 z terenem. Bo to by艂y bardzo g艂臋bokie do艂ki. Pozostaj膮 namioty, chlachlechluja..

jest gitarzyst膮 w s艂ynnym polskim zespole folkowym „Goombuysdanceband”…. czy jako艣 tak?.

Ma przyczepk臋, z kt贸r膮 nie ma co zrobi膰. 艢ci膮gn膮艂 kiedy艣 to cacko z Holandii, teraz ma z tym tylko problem. Zostawia j膮 nam, pilnujcie, bo fajna, no to pilnujemy. Faktycznie, wszystko w niej jest, wygodnie, ciep艂o, nawet kawa艂ek prysznica, kuchenka. Po dw贸ch dniach ginie butla gazowa, lusterka, ko艂a, i par臋 innych rzeczy – myd艂o, kasza gryczana i brudny, zasrany r臋cznik. Postanawiam odda膰 jak najpr臋dzej, bo niewiele z tego zostanie.

Kilka krok贸w od naszej dzia艂ki, ale ju偶 na terenie gminy Pasztetowa, spora dzia艂ka z wygrzeban膮 na 艣rodku dziur膮 wielko艣ci ksi臋偶yca. Wybierano tu jeszcze do niedawna piasek i posp贸艂k臋, ale z rozp臋du wkopali si臋 w dzia艂ki s膮siednie i chryja gotowa. Jednej z w艂a艣cicielek nie zosta艂o nic, wi臋c dali jakie艣 liche odszkodowanie. Dojazd poprzez dzia艂k臋 Henry’ego Darka i moj膮. Burzy艂 si臋 kiedy艣, 偶e mu je偶d偶膮 pod nosem, to na otarcie 艂ez „zatrudnili go” na 膰wier膰 etatu za jak膮艣 marn膮 pensj臋 jako, zgadnijcie kogo, no oczywi艣cie dozorc臋. I tak mu chyba zosta艂o.

To partyjny beton z Pasztetowej. Firma odpowiada za „uwaga”- utrzymanie czysto艣ci w mie艣cie. Graniczymy z nimi, niestety. Wszelkie 艣miecie z ca艂ej gminy s膮 tu sk艂adowane. A jak to wygl膮da, nikt nie ma ochoty si臋 zastanowi膰, bo po co? Kto b臋dzie interweniowa艂 – Ochroniarz? Szeryf? – po co? Je艣li mo偶na z tego czerpa膰 korzy艣ci? A wi臋c nasz umi艂owany, uwielbiany Master bierze pensj臋 za to, 偶e pilnuje, czy aby nie wyrzuca si臋 tu plutonu ewentualnie polonu czy radu, zmieszanego z eternitem i starymi garnkami dla niepoznaki. 艢mierdzi, jak sto chu…贸w, ale kogo to interesuje? To przecie elita pasztetowska – czytaj – nie rusza膰.

Idziemy si臋 wyk膮pa膰 w tym ksi臋偶ycu, bo gor膮c jak cholera, u nas podej艣cie bagniste, nie ma jak wle藕膰, zreszt膮 strach, czy si臋 nie wlezie na jak膮艣 zardzewia艂膮 puszk臋 czy szk艂o.

Dzieciak贸w mn贸stwo (kto to, kurcze – tyle narobi艂?). Pluskamy si臋, jaka艣 pi艂ka w grochy napompowana, humory jak ta lala. I co?

Kurwa ma膰,nasz cie艅, nieod艂膮czny.Ju偶 pozbiera艂 od w臋dkarzy, teraz kolej na nas.

„P艂acimy!!!!” Co, jak, za co? Pi臋膰 z艂oty, od k膮pieli!!

Za ca艂o艣膰 – nie, kulwa od 艂ebka!!!. A jak kt贸ry wyjdzie si臋 osuszy膰, to nast臋pne pi臋膰 zyla’s.

Zgadnijcie, jaki fina艂? Patrz臋 w portfel, wieje. No ale co, dziecku odm贸wisz? Skurwiel wyci膮gn膮艂 ode mnie wtedy pi臋膰 razy tyle, ni偶 wynosi艂a jego miesi臋czna pensja wyp艂acana za to, 偶eby mnie tam nie by艂o.

Podsumujcie doch贸d – mi臋siarze z publicznej drogi, plus innego rodzaju myta za przejazdy, haracze od w艂a艣cicieli dzia艂ek, podatek od k膮pieli i odsyp od nagonionych spragnionych. Do tego zasi艂ki opieku艅cze i czort wie jeszcze jakie, bo Szeryf przy w艂adzy. Nadmieniam, 偶e interes nieopodatkowany.

Po czorta ja pracuj臋?

Szeryfem.

Ten m贸j brat to niez艂y chuj. Wszystko tylko dla siebie, dla nas nic nie zostaje. 呕yjemy tylko z tego, co ziemia wyda, kartofelki, og贸reczki,pomidorki, emeryturki, renty, zasi艂ki, zapomogi, przejazd pod szlabanem i ryby, no i oczywi艣cie „Royal”. Trudno koniec z ko艅cem zwi膮za膰, panie szanowny. No i co?

Ano, kupi艂em flaszeczk臋, coby skosztowa膰 a zarazem wspom贸c biedactwo, nasz膮 kochan膮 Pruderi臋.

zajebiste!!!

R膮bie star膮 szmat膮, znalezion膮 w warsztacie samochodowym. z racji 艣rodka transportowego, w kt贸rym jest przewo偶ony. Ale i tak w por贸wnaniu z tak zwanym m贸zgojebem, rewelka.

Od dzi艣 jestem fanem tego specyfiku.

Szanowny Panie Prezesie, jedynie s艂usznej partyi, czerp Pan informacyje od mas, uczta si臋 barany od narodu, we藕ta na sto艂ki prezydialne 膰wok贸w, kt贸re Was kochaj膮 i wierz膮 w Wasz膮 prawdom贸wno艣膰. Tego barana usadzi艂bym na taborecie ministra skarbu, a co?. W try miga postawi艂by ten kraj na nogi.

No a jak… se kupi艂em, …wodery. 艁azi艂em po ca艂ym wojew贸dzkim mie艣cie i znalaz艂em. Rozmiar akuratny, po same pachwiny, grubo ponad dwie st贸wki. Zacz膮艂em my艣le膰, jak tu to wszystko posprz膮ta膰. Wsz臋dzie 艣miecie, brzeg stawu 艂agodny, wi臋c i bagnisty, nie ma wyra藕nej granicy wody, za to w trzcinach butelek przer贸偶nych ca艂a masa. No i t膮 oponk臋 jako艣 trzeba wyci膮gn膮膰. Pr贸bowa艂em z brzegu – nie da rady. Wklejona w trz臋sawisko niczym przylga. Wielokrotne uklepywanie przez stoj膮cych na nim mi臋siarzy zrobi艂o swoje, a na dodatek na g贸rze kupa ga艂臋zi i starych zmursza艂ych desek – jak tratwa. Pr贸by wej艣cia w kaloszach zako艅czone rozparowaniem. Teraz mam jeden szarobury a drugi ciemnogranatowy, szkoda tylko, 偶e oba lewe.

Wrzucam je na razie do baga偶nika – trzeba b臋dzie gdzie艣 wywali膰. Wzrok pada na woderki, i ju偶 si臋 robi milej. Id臋 wypr贸bowa膰 – no, to jest to, stabilnie, sucho – bombasti艣, elasti艣. Na razie 艣ci膮gn膮艂em z n贸g, posprz膮ta膰 p贸藕niej, teraz trzeba rozbi膰 obozowisko.

W pewnym momencie odwracam si臋 i co widz臋? Jest nasz dozorca. Stoi z krzywym u艣mieszkiem i trzyma 艂apskami troki w okolicy jaj, tam, gdzie zawsze ma przytroczony woreczek z tabak膮, wygl膮daj膮cy jakby to by艂 worek mosznowy wywalony zawsze na wierzch – na nogach ma moje wodery. O rzesz ty w mord臋, nawet nie zauwa偶y艂em, kiedy w nie wskoczy艂.

„No, no, takich to ja nie widzia艂偶em, trza wypr贸bowa膰” – i lezie do wody. Zatka艂o mnie, nie odezwa艂em si臋 s艂owem, a za moment iskry mi posz艂y spomi臋dzy z臋b贸w, pewnie dlatego mam ich tak ma艂o. Wlaz艂 do wody po kolana, stwierdzi艂, 偶e niewygodne. Wylaz艂 i m贸wi: „Trza mi bedzie sp艂awiki powyci膮ga膰 tamoj, com je zawiesi艂 na trzcinie”. I poszed艂. Sta艂em jak wryty a z dziesi臋膰 minut. My艣l臋: cholera, teraz mi „trza bedzie” jaki艣 艣rodek odka偶aj膮cy, przeciwgrzybiczy, kupi膰.

A jednak dobrze, 偶e specyfiku owego nie kupi艂em, bo sta艂by nieu偶ywany ju偶 jakie艣 kilkana艣cie lat, to by si臋 i zepsu艂. A tak par臋 z艂oty zosta艂o w kieszeni. Ze trzy lata p贸藕niej spyta艂em, gdzie s膮 moje botki – wodery? „Co艣 ty, kurwa, kupi艂, ciekn膮 jak cholera, powiesi艂em w stodole”. I tyle w tej sprawie. Drugich nie kupi臋 i ju偶.

Ach, ….no w艂a艣nie, z przewa偶aj膮c膮 cz臋艣ci膮 miejscowych ju偶 jeste艣my na TY.

Zgadnijcie, kto brudzia zaproponowa艂, a kto za niego p艂aci艂?

.. tak go nazywaj膮. Niewysoki, ma艂om贸wny, spokojny, uczynny i pracowity jak cholera. So艂tys Wniweczowa, to od niego kupi艂em dzia艂k臋. Jak stoi, to r臋ce si臋gaj膮 prawie do kolan, m贸wi膮 ludzie, 偶e to od roboty. Fakt: nigdy nie widzia艂em go siedz膮cego, zawsze zasuwa艂 jak motor贸wka. Sama wie艣 oddalona o kilka kilometr贸w, wi臋c troch臋 daleko i niepogoda. Nic tu nie wyro艣nie pr贸cz marnego 偶yta. M贸wi膮, 偶e to ziemia 偶ytniocementowa, jak nic nie wyro艣nie, to fru – do mieszanki betonowej. I dlatego sprzeda艂, nie warto tego uprawia膰. Przed sprzeda偶膮 wyci膮艂 kilkadziesi膮t olszyn znad samego brzegu stawu, taka by艂a umowa – troch臋 przeja艣nia艂o. Jeszcze przez chyba trzy lata obsiewa najwy偶ej po艂o偶ony, mo偶e czterdziestoarowy kawa艂ek. Pomy艣la艂em, co maj膮 chwasty rosn膮膰 – niech sieje. Czasem przyjedzie, ale rzadko, podejdzie, przywita si臋, spyta, co s艂ycha膰 i ju偶 go nie ma, zasuwa do nast臋pnych obowi膮zk贸w. My si臋 na razie zmie艣cimy poni偶ej 偶ytka, na 艂膮ce, bli偶ej stawu. Tutaj olszyny rosn膮 prawie w bagnie, nad brzegiem wody. Trzeba b臋dzie kiedy艣 pomy艣le膰, co z nimi zrobi膰? Oj, nieweso艂o, jak mocniej zawieje, trzeszczy to i chyli si臋 ku upadkowi.

Przypomnijcie mi p贸藕niej, to Wam opowiem, jak to by艂o z tym schylaniem si臋 ku upadkowi.

Jednak nie wszyscy tutaj dyrektorz膮, to i dobrze. A偶 si臋 g臋ba chacha, jak si臋 widzi t膮 jego krz膮tanin臋. Ja te偶 kocham prac臋, mog臋 godzinami sta膰 i patrze膰, jak ludzie pracuj膮.

Czasem Henry nie jest sam. Przyprowadza ze sob膮 ch艂opa wielkiego jak d膮b. Jego 艂apa jak moje cztery. Razem lepiej si臋 negocjuje warunki, a i jest na kogo zwali膰 ewentualnie zdobyt膮 fuch臋. Za D臋biastym w pewnej odleg艂o艣ci niewielka psina rasy mieszanej – Reksio, nie odst臋puje w艂a艣ciciela ani na krok. Cichy, spokojny, wychudzony szkieletor. Cz臋stuj臋 facet贸w sklepowym papierosem, Henry bierze dwa, jednego zatykaj膮c za ucho, ten drugi odmawia. O kurcze, niepal膮cy. Pies dostaje co艣 do zjedzenia, co poch艂ania w try miga. W艂a艣ciciel co艣 by si臋 natomiast napi艂. Aha, czar prys艂.

D臋biasty, kawaler do wzi臋cia, mieszka kilkaset metr贸w wg艂膮b Gaj贸wki, po prawej, pod samym lasem, a w zasadzie ju偶 w lesie, razem z rodzon膮 siostr膮, ma艂膮 pokurczon膮 kobitk膮. Nazywaj膮 j膮 Dzidzia, lat oko艂o sze艣膰 dych. Jak ten suchy, damski? organizm wytrzymuje takie dawki alkoholu? Nie mam poj臋cia. Nie przypominam sobie, 偶ebym widzia艂 j膮 trze藕w膮.

Wracaj膮c do sytuacji, D臋bisko wyci膮gn臋艂o wtedy ode mnie na taka ilo艣膰 mamrota, 偶e od wczesnego popo艂udnia do p贸藕nego wieczoru zatarasowa艂 cielskiem ca艂膮 szeroko艣膰 drogi prowadz膮cej na nasz膮 dzia艂k臋, trzeba by艂o go przeskakiwa膰. Pies przy nim warowa艂 calutki czas. Rano na szcz臋艣cie ju偶 go nie by艂o – Reksia te偶. Ale za to Pan zostawi艂 prezent – paw kr贸lewski wielko艣ci sporej wanny, koloru wi艣ni.

Nooo….. takiej to nie pami臋tam. W nocy. Grzmia艂o, pioruny wali艂y gdzie艣 na szcz臋艣cie obok, woda sycza艂a, ga艂臋zie spada艂y na namioty a ze dwie godziny w nocy. La艂o jak z cebra i by艂o widno, jak w dzie艅.

Rano pobojowisko, gacie mi gdzie艣 wywia艂o, znalaz艂em je p贸藕niej w stawie, ze sto metr贸w dalej. Wszystko mokre. Nie ma si臋 w co przebra膰. Cztery grube olchy wywalone do g贸ry ko艂ami nad sama wod膮, dwie z艂amane na p贸艂, co艣 trzeba b臋dzie z nimi zrobi膰.

… na odcinki, a takie mo偶e dwu i p贸艂metrowe, grube, fajne. O kurcze, mo偶e deski z nich zrobi膰? Ju偶 by by艂o kawa艂ek ogrodzenia – takiego kowbojskiego cud mi贸d.

Postanawiam wi臋c poci膮膰 je na deski. Szukam tartaku w okolicy.

Bardzo pr臋dko go znajduj臋. Nasz s膮siad kochany przecie偶 ma krajzeg臋, to nam to wszystko pi臋knie potnie na deseczki. Pytam, czym i jak to przewiezie. „Oj tam, oj tam, przyjd臋 z D臋biastym to si臋 przeniesie.” Jaki to b臋dzie koszt? – na razie nie wiem, przyjdziewa we dw贸ch, to si臋 ustali. Na razie zaliczka – tylko dwie艣cie. Jak d艂ugo to potrwa? A ze dwa tygodnie roboty b臋dzie. Kurcze, troch臋 d艂ugo. No dobra, ok, nie pali si臋.

No i prosz臋 bardzo, jaki s艂owny facet, przyszli we dw贸ch, jak m贸wi艂, do艣膰 pr臋dko to wszystko znie艣li, jak zaplanowa艂, wzi臋li zaliczk臋, jak obieca艂 i poszli…..

Czekam czterna艣ci dni, jak ustalone – nic, czterna艣cie miesi臋cy – nic, czterna艣cie lat –nic, ani desek, ani zaliczki ani olszyn, wszystko posz艂o na opa艂 – do pieca.A jednak si臋 pali!

przyszed艂, jak gdyby nigdy nic si臋 nie sta艂o i m贸wi: „Na razie si臋 tylko rozkr臋camy, a to druty zerwa艂o na drodze, a to pas transmisyjny si臋 zerwa艂, a to film si臋 rwie” Takie tego typu pierdo艂y. A zreszt膮, na chuj komu taki p艂ot, to trza obsadzi膰 dooko艂a drzewkami, pi臋knymi sadzonkami, drzewkami 艣licznymi sadzonkami, drzewkami 艂adnymi. Wim gdzie miedze s膮, to i tam posadze. Sie p贸jdzie do le艣niczego, si臋 kupi sadzonki pikne, 艣liczne sadzonki. Jaka艣 zaliczka mo偶e? I patrzy spode 艂ba.

No i co mam z kutasem zrobi膰? Mam ochot臋 艂eb mu urwa膰 i nasra膰 do szyi. Nie wiem, co mnie powstrzymuje jeszcze, ale widz臋, 偶e Marry a偶 si臋 gotuje, zaraz mu przypierdoli…….

mamy ju偶 go do艣膰. Przecie偶 nie jeste艣my tu sami, mamy przyjaci贸艂, znajomych, kt贸rzy nas tu odwiedzaj膮 i widz膮 ci膮gle ten sam zasrany ryj, pchaj膮cy si臋 do ich butelek z piwem. Ale, 偶e nie chc膮 nas urazi膰, jeszcze to jako艣 niech臋tnie, ale ignoruj膮. W ko艅cu przyjaciel proponuje, 偶e si臋 tym zajmie, dobrze Mary? No trudno, dobra – odpowiada ma艂偶onka.

Niebawem pojawia si臋 BOSS, ale pachnie jak膮艣 inn膮 perfum膮 i jak zwykle ta sama gadka – nie tak r膮biesz , nie tak pierdzisz a to krzywo patrzysz itp.

W pewnym momencie Vito, przyjaciel, pyta si臋: „Mary, ju偶” Ju偶 – pada odpowied藕.

Wstaje, podchodzi do mendy, prosi o chwilk臋 rozmowy na osobno艣ci. Co艣 mu tam szepn膮艂 i…… jak mu nie wykurwi fleka w dupsko, to a偶 z brudnych portek kurz si臋 posypa艂 jaki艣 taki br膮zowawo-brunatny. Facia wyg艂o do przodu 艣rodkiem, wnet jednak wr贸ci艂 do pozycji wyj艣cia i …… o k..wa, poszed艂 sobie.

Odetchn臋li艣my z ulg膮, u艣miechy powr贸ci艂y na nasze twarze, hi hi, ha ha, gitarra, fujarra, ognisko, dowcipki, sielanka.

Nie min臋艂o p贸艂 godziny….. mam m贸wi膰 dalej?


Patrz臋, co艣 si臋 wlecze po drodze na nasza dzia艂k臋, ale chyba nie human, bo na czworaka. Podpe艂z艂o toto bli偶ej i zaczyna co艣 gada膰. A jednak human, znaczy si臋 lud藕 i gada na dodatek.

Pr贸buj臋 doj艣膰 powoli, o co go艣ciowi szanownemu chodzi. Co艣 mamrocze, trzymaj膮c w jednej r臋ce podart膮 reklam贸wk臋 z brudnymi pustymi butelkami w ilo艣ci oko艂o dziesi臋ciu szt. W 艣rodku, opr贸cz butelek, kilka paczek jakich艣 ruskich papieros贸w. Druga r臋ka podpiera go艣cia o gleb臋. Podobno sto艂ek o trzech nogach najstabilniejszy. Od s艂owa do s艂owa wywnioskowa艂em z wielkim trudem, 偶e chce mi te puste butelki i papierosy sprzeda膰. Za ile? Dycha! Daje mu dych臋 nie przyjmuj膮c w zamian nic. Oczy robi膮 mu si臋 wielkie, patrzy z niedowierzaniem a to raz na dych臋, a to na reklam贸wk臋 w gar艣ci 艣ciskan膮, z kt贸rej nie uby艂o nic. Jak si臋 p贸藕niej okaza艂o mieszkaniec pobliskiej stacji, niedzia艂aj膮cej ju偶 kolejki. Budynek w ruinie, bo nie ma kto wyremontowa膰, cztery rodziny w osobnych mieszkaniach. On w jednym z nich. Rencista. Sta艂y klient sp贸艂ki z ograniczon膮 odpowiedzialno艣ci膮. Wnet po otrzymaniu renty, cz臋艣膰 kasy przeznacza na ruskie papierosy kupowane na targu w Pasztetowej, a pozosta艂膮 na alkohol. Nigdy nie mo偶e trafi膰 odpowiedniej proporcji. Najcz臋艣ciej zostaj膮 mu papierosy, kt贸re to pr贸buje sprzeda膰 za bezcen, a uzyskan膮 w ten spos贸b nadwy偶k膮 dalej gospodarzy膰. A tu prosz臋 i wilk syty i owca ca艂a. Ale gratka. „Posta艂” tak kilka chwil, szeroko u艣miechn膮艂, uk艂oni艂 si臋 nisko i „poszed艂”. Niegdy艣 po wypiciu znacznej ilo艣ci wy偶ej wymienionego specyfiku marki „Griffon”, tak zwanej szuwar贸wki pan Wniweczowski wywin膮艂 w nocy or艂a wstaj膮c z wyra za potrzeb膮 tak niefortunnie, 偶e 艂bem przydzwoni艂 w stoj膮cy nieopodal stalowy piecyk. Od tej pory chodzi jak jego praprzodkowie.

Nie by艂 cz臋stym go艣ciem. Ju偶 niebawem pochowaj膮 bidaka, resztki m贸zgu nie wytrzymuj膮 st臋偶enia, cho膰 to tylko nie wi臋cej ni偶 30%.

Brzmi jak kwintesencja absolutu, albo apogeum zenitu.

Ale do rzeczy, mieli艣cie mi przypomnie膰.

M贸j 艣.p. grandpa, wieloletni nauczyciel w PRL-u, zas艂u偶ony pedagog, tajny nauczyciel za okupanta, prze艣mieszny facet opowiada艂 kiedy艣, 偶e z racji pe艂nionej profesji dyrektorskiej musia艂 zasiada膰 w komisji, rozdzielaj膮cej mieszkania s艂u偶bowe dla nauczycieli. Komisja analizowa艂a z艂o偶one podania. Oto tekst jednego z nich: „Mam lokum, w kt贸rym sracz chyli si臋 ku upadkowi. Gdy na nim siedz臋, wi膮偶e si臋 to z niebezpiecze艅stwem 偶ycia”.

jak smr贸d po gaciach. Co ty chcesz?

Ja wedle tych nasadze艅. Drzewka 艂adne, 艣liczne sadzonki od le艣nika, pi臋kne, dorodne drzewka, 艂adne.

A niech sadzi.

Jaki艣 zadatek…. mo偶e?

Ooooo..!, nie tym razem. Sad藕, przyjm膮 si臋, zap艂ac臋.

Ze skwa艣nia艂膮 min膮 poszed艂 do domu. Tym razem zwierzyny nie ustrzeli艂.

Znacie ten rodzaj muchy? Taka zielona, tr贸jk膮tna, ko艅ska, albo kr贸wska. Bzyczy i lata wok贸艂 Ciebie, a Ty nie mo偶esz nic zrobi膰. Nie pomaga wymachiwanie r臋kami, tupanie nogami, czy szczelne owijanie, oddycha膰 jako艣 i tak musisz. W ko艅cu znajdzie spos贸b, si膮dzie na Tobie i b艂yskawicznie jebnie w najbardziej delikatne miejsce. Masz p贸藕niej piek膮cy i sw臋dz膮cy b膮bel. A jak ju偶 zaczyna przysycha膰, ona znowu jest. I wtedy si臋 skupiasz, czekasz, a偶 usi膮dzie i dzia艂asz b艂yskawicznie, najlepiej ca艂膮 rozpostart膮 艂ap膮, nie przejmuj膮c si臋 skutkami – czerwonym od uderzenia policzkiem i obola艂膮 d艂oni膮. Zadowolony z akcji uspakajasz si臋, a za kilka chwil jest ju偶 druga, podobna, tylko, 偶e wi臋ksza, bardziej niebieska i ni偶ej bzyczy, ale bzyk ten sam.

dzwoni Betty: „Prosz臋 natychmiast przyjecha膰, jest problem” A z czym? – pytam. „Nie przez telefon”. Ok, my艣l臋, wsiadam, jad臋. Co si臋 okazuje – drzewka posadzone, wi臋kszo艣膰 sosenki, w odleg艂o艣ci jedna przy drugiej jakie艣 30 cm! poprzetykane brz贸zkami i gdzieniegdzie 艣wierki, albo co popad艂o. Pytam – co si臋 dzieje? „Ano,” – powiada Betty – „przyszed艂 s膮siad, co ma szk贸艂k臋 艣wierk贸w, Owczy艅ski. Kto艣 w nocy ukrad艂 mu dwadzie艣cia, by艂 na Pana dzia艂ce, milicja Pana szuka.” Mnie? Z jakiej racji. „Bo u Pana znalaz艂 te 艣wierki.” O kurwa, ochroniarz zasrany bra艂 sk膮d si臋 tylko da艂o, z lasu, 艂膮ki, szk贸艂ki, byle nie od le艣nika. Szukam barana wsz臋dzie – tym razem nigdzie go nie ma, wessa艂o gdzie艣 偶艂oba.

Sprawa jako艣 przysch艂a po kilku dniach. Zreszt膮, co to mnie obchodzi!

Odpuszczam na dni kilka, trzeba si臋 jako艣 odku膰 – wydatki spore, inwestycje w zielon膮 much臋, krowi膮, tr贸jk膮tn膮.

Kilka dobrych dni mnie nie by艂o. Roboty kupa, i dobrze, bo przecie偶 musz臋 zarobi膰 na p贸艂 narodu, odprowadzaj膮c podatek.

Ogl膮dam, posadzone. Co prawda pospolite krzuny, ale niech tam, nie wydziwiam, baobab贸w si臋 nie spodziewa艂em.

Po jakim艣 czasie idzie. Wida膰 GO z daleka, ale jaki艣 dzi艣 bardziej cichy: „Dobry!”. Dzie艅 dobry, dobry. Co to za awantura by艂a. „Oj tam, oj tam, zrobione? – No.”

Ile? – pytam. Liczy: „Czterysta drzewek, mo偶e ponad, niech b臋dzie czterysta razy trzy to tysi膮c dwie艣cie” O, Kurwa, a偶 tyle i po trzy zyla. „Nooo… kupa roboty”. westchn膮艂em, wyj膮艂em pulares, patrz臋 nie mam nawet po艂owy. No, ale mia艂em przecie偶 zap艂aci膰, jak si臋 przyjm膮. Kiedy to b臋dzie wida膰, nawet nie wiem. Pokr臋ci艂 nosem, splun膮艂, podrapa艂 po ogorza艂ym ryju, co艣 post臋ka艂, ponarzeka艂 na to, 偶e musia艂 w nocy nawet pracowa膰. Wzi膮艂 kas臋 i ju偶 go nie by艂o…..

chyba z tydzie艅, albo d艂u偶ej. Pono膰 by艂 u pomagiera i si臋 rozliczali, bo razem ta robota wykonywana r臋cznie. Przeliczali, rozk艂adali na kupki, dzielili do momentu, kiedy po tygodniu ju偶 nie by艂o czego tasowa膰.

Wtedy si臋 pojawi艂. „No i przyj臋艂y si臋, no nie!” Nie wiem, poczekamy – zobaczymy. „Nie, nie, to ju偶 wida膰, kulwa, przyszetem po reszt臋.”(nie wymawia „r”)

No c贸偶, pojecha艂em do bankomatu.

Rok w rok, w zimie, ubywa艂o po jednym 艣wierku. Dosadzone przeze mnie sadzonki kosodrzewiny w miejscach ubytk贸w, spowodowanych r贸偶nymi przyczynami, ale przede wszystkim tak膮, 偶e po prostu usch艂y!!!, znik艂y w tempie zastraszaj膮cym. Nie wiem, 艣mia膰 si臋, p艂aka膰, bluzga膰? Odpuszczam, zapominam, niech to sobie ro艣nie, jak chce.

rodzony tak si臋 podjara艂, 偶e kupi艂 nast臋pn膮 艂膮k臋 obok naszej dzia艂ki, w艂a艣ciwie jest to przed艂u偶enie naszej a偶 do tor贸w kolejowych, ale bez wody. Taki kawa艂 marnej gleby, piaszczystej, osiemdziesi膮t par臋 ar贸w. M贸wi臋: po co ci to? A, niech le偶y, nikt tego przecie偶 nie podpieprzy. B臋dzie dla prawnuk贸w, jak si臋 oczywi艣cie b臋dzie chcia艂 postara膰. A teraz co? A, nie wiem, r贸b tam, co chcesz. Wo艂am s膮siada, co ma traktor i le艣ny p艂ug. Przyora艂, kupi艂em w nadle艣nictwie osiem tysiak贸w sadzonki sosny kwalifikowanej po siedem groszy za sztuk臋, naj膮艂em ludzi, kilka dni roboty, tysi膮c d臋b贸w dosadzonych. Podliczam koszty – osiem st贸w!!!

Kilka lat p贸藕niej, Mary ma艂偶onka ma, chodzi, liczy i liczy (bardzo skrupulatna baba). Wiesz, ile ci Dark posadzi艂? A sk膮d mog臋 wiedzie膰, nigdy nie przysz艂o mi do g艂owy, 偶eby przeliczy膰. No to doliczy艂am si臋 stu trzynastu drzewek. Kochanie艅ki, wysz艂o po dziesi臋膰 z艂otych i sze艣膰dziesi膮t dwa grosze za sadzonk臋 – Gratuluj臋!

艣mieszny, rubaszny, pracowity, m贸wi膮 na niego niedojda, z biednej rodziny, w szkole prze艣ladowany przez r贸wie艣nik贸w. I chyba dlatego wzi膮艂 si臋 w gar艣膰 i postanowi艂 odku膰, odsta膰 od pozosta艂ych. Z perspektywy czasu my艣l臋, 偶e mu si臋 uda艂o. Postawione tunele, w 艣rodku warzywa, roboty od sm臋tnej pyty. Pracuje nawet w niedziel臋, kiedy to Pruderia klepie pacierze w ko艣ciele, modl膮c si臋 o niepowodzenie jego przedsi臋wzi臋膰. Wyruszaj膮 ca艂膮 rodzin膮 z rana na najd艂u偶sza msz臋, sum臋, odstawieni jak str贸偶 w Bo偶e Cia艂o. Garniturki, wypucowane samochodziki. Jak my艣licie, czego nie chodz臋 do ko艣cio艂a?

wo艂a Marry

odpu艣膰 – wo艂aj膮 wszyscy dooko艂a. Nie, zapar艂em si臋 jak osio艂. Jestem we w艂asnym domu. Chce by膰 sam, zmora niech zniknie, niech zniknie ……

Ca艂e 偶ycie zapieprza艂em…

rano budowa… wstawaj o 7 rano…. potem otworzy膰 kawiarenk臋 internetow膮 na studenckiej ulicy w wojew贸dzkim mie艣cie, coby skorzystali z Messengera. P艂a膰 za internet przesy艂any radiowo kup臋 kasy. Zwr贸ci si臋, nie zwr贸ci? kto to wie. Podmiana, Mary mnie zmienia ko艂o po艂udnia, zasuwam na budowie do p贸藕nych godzin popo艂udniowych, co艣 jem i do kawiarenki na wieczorny dy偶ur do pierwszej, czasem drugiej w nocy, kr贸tki sen i na budow臋………..

I w pewnym momencie ol艣nienie:

Spierdzielaj st膮d, bo facet, kt贸ry pobiera czynsz, tylko na to czeka, 偶eby powin臋艂a ci si臋 noga, przejmie wszystko, tak jak skasowa艂 twoich poprzednik贸w.

Budynek – zabytek. Dosta艂 kas臋 na remont, przesra艂, a szkoda, szukaj膮 go ci, kt贸rzy uwierzyli, 偶e b臋dzie patriot膮, co kocha Godebskiego. Anio艂, tak go nazywamy – przypomnijcie sobie filmy Barei.

Wi臋c spierdzielam… coraz cz臋艣ciej mnie nie ma, rzyga膰 mi si臋 chc臋, jak widz臋 tych pseudo matrix贸w, nic nie widz膮cych, pr贸cz tych dwu rumpli. Pornoski, putty, srutty, ssh, sratata, paneboze.cz. Studenci z wiod膮cej uczelni prowadz膮cy swoje elektroniczne, nocne 偶ycie, wal膮cy gruch臋 w brudnej toalecie (czasem jeden drugiemu)

Resztkami si艂 pr贸buj臋 sk艂oni膰 ich do za艣piewania karaoke: no, no , …i mia艂em dziesi臋膰 lat…. no reaction, matrix wa偶niejszy.

Trudno, wypijam piwo, drugie, imieniny, moje, czy kogo艣 innego, nie wa偶ne.

Przyjaciel wychodzi na zewn膮trz, zapali膰 papierosa, n贸偶 w serce, nie wiadomo z kt贸rej strony pad艂 cios, relacje s膮 diametralnie r贸偶ne, jak r贸偶ni jeste艣my my wszyscy – jeden widzia艂 dup臋, bo sta艂 z ty艂u, drugi czernyje oczy, po drugiej stronie.

Tom, m贸j niedosz艂y zi臋膰, postanawia dorwa膰 skurwiela, po tym jak szanowna milicja postanawia po pi臋tnastu minutach wycofa膰 si臋 z akcji. Bierze baran贸w za 艂eb, jad膮 w promieniu 300 m po okolicy, jest, schowa艂 si臋 pod zaparkowanym samochodem jakie艣 100 m od miejsca 艣mierci mojego przyjaciela, rozebrane na p贸艂 no偶yce do rozcinania kurczaka pos艂u偶y艂y mu do odebrania 偶ycia cz艂owiekowi, kt贸ry ca艂e 偶ycie 偶y艂, nie wadz膮c nikomu.

By艂e艣 najlepszym, spo艣r贸d tych, co zowi膮 si臋 wolontariuszami, pokaza艂e艣 mi swoich przyjaci贸艂, nie maj膮cych r膮k i n贸g, kt贸rzy wcale nie prosili o wsparcie. Da艂e艣 im ogromn膮 moc istnienia, tworzenia, egzystencji. Marecki – kochamy Ci臋, i b臋dziemy z Tob膮 do ko艅ca 偶ycia. Naszego, bo Twoje zgas艂o zbyt gwa艂townie.

„Kto艣”, komu wydawa艂o si臋, ze ma wielk膮 moc i w艂adz臋, jednym ciosem wys艂a艂 w nico艣膰 faceta, kt贸rych zbyt ma艂o na tym zasranym 艣wiecie. 呕egnaj bracie, 偶eglarzu, ziemia pozosta艂a bardzo uboga bez Ciebie.

Moja c贸rka, kt贸ra jest do mnie podobna jak dwie krople wody (od pasa w g贸r臋 z przerw膮 ), trzyma g艂ow臋 mojego przyjaciela kl臋cz膮c na brudnym trotuarze, i p艂acz膮c, prosz膮c o pomoc. Staj臋 jak wryty, skamienia艂y, nie robi臋 nic, bo nie mog臋 si臋 ruszy膰 z miejsca. Kto艣 wzywa „R”, odleg艂膮 na 300 metr贸w.P贸艂 godziny!i ju偶 s膮, Felczer na miejscu nie wie, co robi膰. Pr贸buje wyr臋cza膰 go sanitariusz, ale jest ju偶 za p贸藕no. Szpitalna czterdziestopi臋ciominutowa reanimacja wraca mu cz膮stk臋 偶ycia, niestety m贸zg ju偶 nie pracuje. „呕yje” jeszcze kilka miesi臋cy…..

Warzywo odwiedzamy regularnie, a偶 do zwi臋dni臋cia ostatniego, malutkiego listka, wyblak艂ego, i nie wiedz膮c kiedy, zesch艂ego na wi贸r. Mimo, ze oszukiwali艣my si臋, 偶e widzi nas, rozmawia z nami…. odszed艂… w ciszy… dostojnie… tak samo, jak dostojne by艂o jego ciche, pi臋kne 偶ycie. We love you – Marecki.

z kt贸rej czerpi臋 korzy艣ci. S膮 to czasy, w kt贸rych nie jest to zakazane, ale niemile widziane. Kontakt ze 艣wiatem zewn臋trznym, nawet przez kr贸tkie fale radiowe jest „bee”. Tak ju偶 chyba zostanie, ka偶da w艂adza w tym kraju boi si臋 rozg艂osu i szeroko zakrojonego kontaktu obywateli ze 艣wiatem zewn臋trznym, zw艂aszcza PIS-du. Klub kr贸tkofalarski na osiedlu oddany w r臋ce czarnych mamb. Miejsce klucza do Morsa zast臋puje konfesjona艂. Teraz mohery z ca艂ej okolicy nadaj膮: ta ta ti ta ta ti… gdzie艣 w kosmos. My czasem mieli艣my odzew….. Ju偶 nie mo偶emy wo艂a膰… zabrali nam walkie-talkie.

Kumple z osiedla jacy艣 tacy inni.

To ju偶 nie jest zabawa w piaskownicy, plucie z rurek plastelin膮. Nie maj膮 Morsa, to szukaj膮 innych rozrywek, handel papierosami, sprzedawanymi na metry, jak Carmen i Caro. W pawilonach sklep, w kt贸rym kupisz Chesterfieldy za 40 zyla.

U nich zajebi艣cie mniej.

W ko艅cu kontakty z fajnymi ch艂opakami bli偶ej Wis艂y, co to ju偶 wiedz膮 jak to robi膰. i CHWDP, bo maja prawnik贸w, kt贸rzy tylko wiedz膮 niewiele wi臋cej ni偶 ONI .

Adjamok bawi si臋 bomb膮 na balkonie, Ojnuf jest ksi臋gowym 艁owomina, Czasza narkotyki walizami, jeden drugiemu jebie pojazdy typu 126 i lepsze – pe艂na br臋dzlada.

Jedynie Azgier pozostaje na stra偶y – wynosi si臋 st膮d i zostaje szoferem kosiarki.

mo偶e by tak co艣 budowa膰, a nie wali膰.

No to buduj臋, z kolegami w DDR. Ja pierdziel臋, cud-technika-wisz膮ce sufity. Robota po kilkana艣cie godzin dziennie, powroty na kwater臋, pasztet mazowiecki, kr贸tki sen w opakowaniu, w fotelu przed telewizorem, kt贸ry dzia艂a do rana. I tak nikt go nie s艂yszy.

Po powrocie nie mam konkurencji, laser-sraser, poziomnico-pionownico-uko艣nica itp. Ludzie bior膮. Czasy kielni i 300% normy przemin臋li z wiatrem.

Tato sprawi艂…. Je藕dzimy do ko艅ca benzolu w baku.

Ysztwan Kisomat szyje passki i jest krakersem. Wszytko, co robi, wypieszczone i prawie za darmo. Ja mam szybk膮 kabur臋 do Colta, co wygl膮da jak u szeryfa za trokiem. Wi臋kszo艣膰 kapel z DDR i okolicy chodzi w jego stringach z nutra. Blondyn tym bardziej, bo ma blisko. No i kamizio艂ka z kr贸lik贸w, przeb贸j. Gumbajdensbend przez to jaki艣 niepolski, ale w kolorze RGB. Za to wokalistka ca艂e 偶ycie w bia艂ych kozaczkach. No i tr膮ci to wszystko agrorockiem. Wszyscy sfasowali kombojki i czapki z taniegoarmaniego, coby poczu膰 si臋 lepiej, mniej szaro. Ysy Fajczyk ze 艢mietnika, zar膮bisty go艣ciu, brzd膮ka na band偶o wi臋kszym, ni偶 mniejszym. Muszla popiernicza na harmonijce, coraz lepiej mu to idzie, miesza to z wokalem. Namawiamy go na lekcje 艣piewu, odpowiada, 偶e nikogo nie b臋dzie uczy艂. Na jakiej艣 imprezie gubi instrument, 艂azi przetrz膮saj膮c wszystkie k膮ty, w ko艅cu stwierdza: „Kto艣 dybie na moja karier臋”.

Vito LeCrem wali w kot艂y z ca艂ych si艂.

W kapeli kole艣, kt贸ry niebawem zar偶nie i po膰wiartuje matk臋.

Rock&Roll.

Jedziemy kolejny raz „odpocz膮膰”. Ju偶 z daleka nas zobaczy艂, p臋dzi na o艣lep, widocznie ma mocnego kaca. Wyci膮gn膮艂 na „Czar PeGeeR-u” i znikn膮艂. Niestety, nie na d艂ugo.

Idziemy przywita膰 si臋 z reszt膮 familii. W sieni pojawia si臋 ksi臋偶niczka „pierdzichowska”. Ze 艣rodka cha艂upy s艂ycha膰 odg艂osy niez艂ego melan偶u. Smr贸d przetrawionej ruskiej w贸dy i przypalonej kaszanki wsz臋dzie. Pierdzicho ruchem g艂owy wskazuje na le偶膮ce przy wrotach od stodo艂y dziewcz臋, mo偶e kilkunastoletnie: „Widzita, to bedzie moja synowa, 艂adna, co nie?”. Odpowiadamy, 偶e cacy, chocia偶 twarzy nie wida膰, jeno go艂y ty艂ek. Brudna kiecka zarzucona na g艂ow臋. Pr贸buje si臋 podnie艣膰, ale jako艣 jej to nie wychodzi. Zza rogu cha艂upy s艂ycha膰 odg艂osy udanego rzygania, 偶adne wk艂adanie paluszk贸w. Wsz臋dzie smr贸d jakiej艣 spalenizny zmieszanej z odchodami, alkoholem i lichym tytoniem, rwanym z pola najbli偶szego s膮siada, kt贸ry to kontraktuje.

Okazuje si臋, 偶e to Martini postara艂 si臋 przedwczoraj o to cacko, gdzie艣 na stacji benzynowej przy drodze na Up艂awy, przy kt贸rej to stacji otworzyli piwny bar. Przytarga艂 z kolegami do stodo艂y. Poili ca艂ymi dniami i r偶n臋li nocami. Nic nie jada艂a kilka dni – tylko 偶艂opa艂a, rzyga艂a i sika艂a pod siebie.

Po dwu dniach naszego pobytu przywlek艂a si臋 do nas, korzystaj膮c z nieuwagi gospodarzy, kt贸rzy j膮 „przygarn臋li”. Brudna, 艣mierdz膮c膮 szuwar贸wk膮, g艂odna. „Prosz臋 Pana, niech mnie Pan odwiezie do domu…. prosz臋”.

Odwioz艂em do 艢lepska, kilkana艣cie kilometr贸w, tam mieszka艂a.

Wesela chyba nie b臋dzie.

Od kilku ju偶 lat Darkowie, Henry i Marty, nosz膮 brody. Wygl膮daj膮 przez to o jakie艣 trzydzie艣ci lat starzej. Jeden i drugi. Jak Rumcajsy, tylko im pistolet贸w na 偶o艂臋dzie brakuje.

Pytam: „Czemu to tak”.

Ot贸偶, obu panom wyskoczy艂 ma pyskach m艂odzie艅czy tr膮dzik, wi臋c trzeba to by艂o podmaskowa膰. No c贸偶, s膮 te偶 i inne sposoby. Myd艂o, papier 艣cierny, nie m贸wi膮c ju偶 o Acnosanie, zawieraj膮cym spor膮 domieszk臋 bardzo lotnego zwi膮zku chemicznego, kt贸ry na pewno wp艂yn膮艂by 艂agodz膮co nie tylko zewn臋trznie.

W Robalinie sklep. Sklep, jak to wiejski sklep, na parterze budynku mieszkalnego, 艣cie偶ynka od furtki do drzwi. Obok drzwi w艂膮cznik dzwonka, bo klient贸w nie za du偶o, to po co siedzie膰 non stop. Przychodz膮 falami, jak chce si臋 pi膰. Wtedy obl臋偶enie, ale po drugiej stronie drogi jest miejsce, 偶eby posiedzie膰 na 艂aweczce, obali膰 browara, albo dwa, wzgl臋dnie b膮czka. Tego specyfiku chyba najwi臋cej na p贸艂ce. Jest te偶 chleb, ale wyliczony, na zam贸wienie. Ci臋偶ko trafi膰 wolny bochenek. Konserwy, obok 偶ar贸wki i zapa艂ki, ceramiczne topikowe bezpieczniki, ni偶ej lody w zamra偶arce i…. jak to w takim sklepie… wszystkiego po trochu.

Sprzeda偶 najcz臋艣ciej na zeszyt, jeden bierze z zastawem inny bez, zanotowa膰 trzeba wszystko. W kilku przypadkach pozycji tyle, 偶e na jednej stronicy si臋 nie mie艣ci. Mus ufa膰, 偶e oddadz膮, jak zarobi膮, obiecuj膮, prolonguj膮, znosz膮 puste butelki, 偶eby d艂ugi zmniejszy膰, przemykaj膮 cichaczem za p艂otem, jak si臋 o to zrobi awantura. No, ale jest miejsce spotka艅 i pogaw臋dek. Jestem 艣wiadkiem jednej z nich. Kobita wysy艂a ch艂opa do sklepu, bo 偶ar贸wka spalona w sieni, nic wieczorem nie wida膰, kto, co i jak? Trzy z艂ote w gar艣膰 i poszed艂. Obok sklepu spotyka kumpli, s膮cz膮cych piwo. Trzygodzinny dylemat i narzekanie: co kupi膰? Browca czy 偶ar贸wk臋?

Od gadania zasch艂o w prze艂yku. No to zagadka rozwi膮zana.